Otworzyć serce

Duchowość biblijna i monastyczna jest duchowością serca. W naszym Kościele zachodnim od średniowiecza nastąpiło jednak zapoznanie tej prawdy. Wiązało się to ze zmianą samego pojmowania serca. Serce właściwie zostało zredukowane do centrum uczuć, natomiast rozum i wola zamieszkały w głowie. Nastąpiło w ten sposób rozdarcie wewnętrzne w człowieku: głowa została oddzielona od serca. Ma to fatalne skutki w duchowości na Zachodzie do dzisiaj. W Biblii jest zupełnie inaczej, człowiek jest jednością, a serce jest jego centrum. Przez oddzielenie rozumu i woli od uczuć nastąpiła redukcja człowieka i rozbicie jego jedności. Katechizm Kościoła Katolickiego wraca do właściwego pojęcia serca. Przytacza je w czwartej części Katechizmu poświęconej modlitwie:

Serce jest mieszkaniem, w którym jestem, gdzie przebywam (według wyrażenia semickiego lub biblijnego: gdzie „zstępuję”). Jest naszym ukrytym centrum, nieuchwytnym dla naszego rozumu ani dla innych; jedynie Duch Boży może je zgłębić i poznać. Jest ono miejscem decyzji w głębi naszych wewnętrznych dążeń. Jest miejscem prawdy, w którym wybieramy życie lub śmierć. Jest miejscem spotkania, albowiem nasze życie, ukształtowane na obraz Boży, ma charakter relacyjny: serce jest miejscem przymierza (KKK 2563).

To określenie serca jest niezmiernie głębokie i właściwie wyraża prawdę o nas samych od strony wewnętrznej. Osobiście uważam, że każdy powinien je głęboko przemyśleć, bo dzięki temu będzie lepiej rozumiał siebie i mógł uświadomić sobie, czym jest modlitwa i jaka jest jej rola w życiu. Warto w tym momencie przytoczyć akapit, który w Katechizmie poprzedza samo określenie serca: 

Skąd pochodzi modlitwa człowieka? Niezależnie od tego, jaki byłby język modlitwy (gesty, słowa), zawsze modli się cały człowiek. Aby jednak określić miejsce, z którego wypływa modlitwa, Pismo Święte mówi niekiedy o duszy lub o duchu, najczęściej zaś o sercu (ponad tysiąc razy). Modli się serce. Jeśli jest ono daleko od Boga, modlitwa pozostaje pusta (KKK 2562).

W praktyce modlitwa jest nieustannym wysiłkiem schodzenia do serca, aby prawdziwie być w wewnętrznym dialogu z Bogiem. Tak musi być, gdyż z Bogiem można się spotkać tylko w sercu. Poza sercem jedynie możemy myśleć o Nim lub spotykać się z naszym wyobrażeniem Boga. Przyjrzyjmy się zatem bliżej samej definicji serca, zwracając uwagę na to, co ma konsekwencje dla naszej modlitwy.

Serce jest naszym mieszkaniem

Serce jest mieszkaniem, w którym jestem, gdzie przebywam (według wyrażenia semickiego lub biblijnego: gdzie „zstępuję”).

Gdzie i kiedy jesteśmy sobą?! W raju Adam, po popełnieniu grzechu, usłyszał od Boga pytanie: „Adamie, gdzie jesteś?”. Tym pytaniem codziennie Bóg wzywa każdego z nas. Gdzie jest moje prawdziwe „Ja”? Wydaje się, że każdy z nas odczuwa, że jest na obczyźnie, że nie jest sobą, nie jest u siebie. Nie akceptujemy siebie. Chcielibyśmy być inni niż jesteśmy w życiu. Okazuje się zatem, że nie jesteśmy prawdziwie sobą. Sami dla siebie jesteśmy misterium. Z jednej strony jesteśmy, bo to stwierdzamy, ale jednocześnie czujemy, że nie jesteśmy sobą. Nasze życie jest nieustannym szukaniem siebie. W istocie mamy dopiero stać się sobą. Nasze życie na ziemi jest nieustannym wybieraniem siebie prawdziwego lub fałszywego. Święty Paweł widzi tę walkę pomiędzy duchem i ciałem. 

Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie (Ga 5,17). 

Przy czym dla niego ciało to nie po prostu nasza fizyczność i zmysłowość, ale raczej nasze ukierunkowanie na świat i upodobanie w nim. Ponieważ światem rządzą namiętności, które według św. Jana sprowadzają się do trzech zasadniczych: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia (1 J 2,16), ciało nastawione na świat kieruje się tymi namiętnościami. Natomiast duch oznacza w nas tę stronę, która jest ukierunkowana na Boga i Jego wolę. Dlatego pomiędzy duchem i ciałem istnieje rozbieżność. W innym miejscu w kontekście nawrócenia i chrztu św. Paweł te dwa przeciwstawne ukierunkowania wyraża odpowiednio określeniem „dawnego” i „nowego człowieka” (Ef 4,22–24; Kol 3,9n). Jeszcze w innym miejscu mówi o „człowieku wewnętrznym” w przeciwieństwie do „członków” (zob. Rz 7,22n), w których mieszka przewrotność i grzech. Bez względu na sposób ich wyrażenia mamy do czynienia z dwoma odmiennymi dynamizmami. Jeden jest ukierunkowany na Boga, a drugi na świat. Ten ostatni wyraża się, mówiąc językiem współczesnej psychologii, naszym ego. Wewnętrzna walka w nas toczy się między ego, a naszym prawdziwym „Ja”.

Wydaje się, że można także to rozdarcie w nas samych wyrazić przy pomocy pojęcia serca prawdziwego i serca fałszywego. Serce prawdziwe jest tym, które w nas stworzył na swoje podobieństwo Bóg. Ono jest owym mieszkaniem, ukrytym centrum, w którym spotykamy Boga. Nasze prawdziwe serce jest misterium, które się urzeczywistnia przez zamieszkanie w nim Jezusa Chrystusa, a wraz z nim Ojca, co Pan Jezus wyraźnie zapowiedział: 

Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać (J 14,23).

Wszystko to dokonuje się w Duchu Świętym szczególnie podczas modlitwy, o czym pisze Katechizm:

Modlitwa wewnętrzna jest także najbardziej intensywnym czasem modlitwy. W niej Ojciec sprawia w nas „przez Ducha swego wzmocnienie siły wewnętrznego człowieka”, by Chrystus zamieszkał przez wiarę w naszych sercach i abyśmy zostali „wkorzenieni i ugruntowani” w miłości (Ef 3,16-17) (2714).

Nieco dalej Katechizm pisze:

Gdy Jezus kładzie nacisk na potrzebę czuwania, chodzi zawsze o czuwanie w odniesieniu do Niego, do Jego Przyjścia w dniu ostatecznym i każdego dnia: „dzisiaj”. Oblubieniec przychodzi pośród nocy; światłem, które nie powinno zgasnąć, jest światło wiary: „O Tobie mówi moje serce: «Szukaj Jego oblicza»” (Ps 27, 8) (2730).

Zamieszkanie Boga w sercu jest możliwe jedynie w prawdzie i sprawiedliwości. One są dla nas warunkami, bez których nie jest możliwe prawdziwe spotkanie się z Bogiem, a tym samym dojście do swojego serca prawdziwego. Dlatego dochodzenie do własnego serca dokonuje się nie tylko podczas modlitwy, ale przez wszystko, co w życiu robimy i kim jesteśmy, dokonuje się ono przez nasze wybory. Jest to program na całe życie, a nie jedynie na jakiś pojedynczy wyczyn duchowy czy jedną dziedzinę naszego życia np. pobożność lub dzieła miłosierdzia. 

Zupełnie słusznie słowa „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”, rozlegają się z serc sprawiedliwych, w których Bóg mieszka jak w swoim przybytku. Przez to również modlący się będzie pragnął, by mieszkał w nim Ten, którego wzywa (2794).

Natomiast serce fałszywe to kryjówka naszego ego, które chce rządzić naszym życiem. Ono powoduje, że jesteśmy tak wrażliwi na nieustannie pojawiające się coraz to nowe myśli, uczucia, pragnienia, lęki, wyobrażenia, namiętności. Ten nieustanny strumień, który przewala się przez naszą głowę, odciąga nas od naszego zakorzenienia w Bogu. W normalnym, pełnym aktywności i wrażeń życiu, nie widzimy tego strumienia, który na nas przychodzi i wyprowadza nas na zewnątrz. Myśli na nas przychodzą, jak mówił ks. Tischner, stają się nasze dopiero wówczas, gdy je przyjmujemy za swoje. Mnisi ćwiczyli się w odrzucaniu tego, co złe, a przyjmowaniu tego, co budujące, dobre. Nazywali tę praktykę „strażą serca”. Bardzo łatwo samemu doświadczyć nieustannie napływającego strumienia myśli, wyobrażeń, uczuć, pragnień, lęków, przypomnień i trosk w chwili, kiedy pragniemy w modlitwie stanąć przed Bogiem i być jedynie dla Niego, co podejmujemy przy medytacji. Ona właśnie najlepiej ujawnia to, że jesteśmy jeszcze daleko od serca, jeśli dajemy się ponieść tym myślom. O tym pisze Katechizm: 

Najczęstszą i najbardziej ukrytą pokusą jest nasz brak wiary. Objawia się on nie tyle przez wyznane niedowiarstwo, co przez faktyczny wybór. Gdy zaczynamy się modlić, natychmiast tysiące prac i kłopotów, uznanych za bardzo pilne, wchodzą na pierwsze miejsce; i znowu jest to chwila prawdy serca i wyboru miłości. Zwracamy się do Pana jako do naszej ostatniej ucieczki: ale czy naprawdę w to wierzymy? Albo bierzemy Pana za sprzymierzeńca, ale serce ciągle jeszcze pozostaje zarozumiałe. W każdym przypadku nasz brak wiary ukazuje, że nie jesteśmy jeszcze w postawie serca pokornego: „beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15, 5) (2732).

Ten strumień nieustannych logismoi, jak to nazywali starożytni mnisi, jest sposobnością do wewnętrznych wyborów: albo iść za nimi, czyli budować nasze ego, w którym nieustannie pragniemy potwierdzenia naszych pragnień i ambicji, albo stale wybierać Chrystusa, walcząc z wszystkimi rozproszeniami przez nieustanny powrót do Boga i bycia przed Nim. Katechizm pisze o nim:

Od strony pozytywnej walka przeciw naszemu zaborczemu i władczemu „ja” polega na czuwaniu, na prostocie serca (2730). 

Podczas medytacji tę walkę podejmujemy przez powrót do słowa, które nas na nowo zwraca ku Bogu. Robimy to w rytm oddechu, aby nie dawać miejsca rozproszeniom. Można je bowiem odepchnąć od siebie jedynie przez skoncentrowanie się na słowie zwracającym nas do Boga.

„Naszym ukrytym centrum”

Jest naszym ukrytym centrum, nieuchwytnym dla naszego rozumu ani dla innych; jedynie Duch Boży może je zgłębić i poznać.

To zdanie może nas zaskakiwać, gdyż zazwyczaj mniemamy, że wiemy, kim jesteśmy, o co nam w życiu chodzi, co jest dla nas dobre, itd. Kiedy jednak się na tym skupimy w refleksji, dochodzimy do wniosku, że tego wszystkiego nie wiemy. Sami dla siebie jesteśmy misterium. Nie jest to jednak prosta zagadka do rozwiązania, która, gdy ją poznamy, pozwala zacząć całkowicie panować nad sobą. Jest to misterium, czyli głębia, która przerasta nasze zdolności poznania, misterium, które poznawane coraz bardziej odsłania swoją głębię. Tak jest z powodu prawdy, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. W naszym sercu odbija się głębia samego Boga i dlatego „jedynie Duch Boży może je zgłębić”. Jest ono darem, który nas zdumiewa, ale jednocześnie jest dla nas zadaniem, abyśmy stali się w naszym życiu i działaniu na obraz i podobieństwo samego Boga, czyli abyśmy żyli miłością do końca, jak ją nam pokazał Pan Jezus: 

9 Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! 10 Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. 11 To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. 12 To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem (J 15,9–12). 

Ta prawda odnosi się do naszego prawdziwego serca, którego nasze ego nie jest w stanie ogarnąć. Nasze prawdziwe serce niesie w sobie harmonię spotkania z Bogiem, zawierzenia Mu i przyjęcia tego, co do nas kieruje, czyli wypełniania Jego przykazania miłości. Natomiast ego kreuje sobie inne centrum, serce fałszywe, którym rządzi. W nim jednak nie ma życia. 

Jakże Duch Święty może być „naszym Życiem”, jeśli nasze serce jest od Niego daleko? (2744).

Jeżeli serce jest dla nas darem i jednocześnie zaproszeniem, to wejście do niego dokonuje się zasadniczo przez żywą więź z Bogiem. Służy temu przede wszystkim liturgia i modlitwa:

Posłanie Chrystusa i Ducha Świętego, które w sakramentalnej liturgii Kościoła zapowiada, aktualizuje i komunikuje misterium zbawienia, znajduje przedłużenie w modlącym się sercu. Mistrzowie życia duchowego porównują niekiedy serce do ołtarza. Modlitwa uwewnętrznia i przyswaja liturgię podczas i po jej celebracji. Nawet jeśli modlitwa jest przeżywana „w ukryciu” (Mt 6, 6), jest zawsze modlitwą Kościoła i komunią z Trójcą Świętą (2655).

Sama modlitwa jest określana w Katechizmie jako „życie nowego serca”:

Modlitwa jest życiem nowego serca. Powinna ożywiać nas w każdej chwili. Tymczasem zapominamy o Tym, który jest naszym Życiem i naszym Wszystkim. Dlatego więc mistrzowie życia duchowego, zgodnie z tradycją ksiąg Powtórzonego Prawa i Proroków, kładą nacisk na modlitwę jako „pamięć o Bogu”, częste budzenie „pamięci serca”: „Trzeba przypominać sobie o Bogu częściej, niż oddychamy”. Nie można jednak modlić się „w każdym czasie”, jeśli pragnąc takiej modlitwy, nie modlimy się w pewnych chwilach: są to szczególne momenty modlitwy chrześcijańskiej, jeśli chodzi o intensywność i trwanie (2697).

Katechizm wskazuje w ten sposób konkretny program pracy nad naszym sercem, czyli „zstępowania do serca”, nawiązując do pierwszego zdania z określenia serca. Zasadniczo nasz wysiłek powinien iść w kierunku nieustannej modlitwy: „Modlitwa … powinna ożywiać nas w każdej chwili”. Natomiast jest to możliwe jedynie wówczas, gdy w pewnych chwilach poświęcamy się tylko i wyłącznie modlitwie, czyli gdy rezerwujemy w naszym dniu czas, który poświęcamy tylko Bogu i niczemu innemu. Chwile medytacji są, jak chrust rzucany na ogień, żeby podsycać żar, aby ten żar się nieustannie żarzył. Celem nie są zatem same momenty modlitwy, ale życie modlitwy – czyli modlitwa nieustanna. 

Czym jest owa nieustanna modlitwa? W Katechizmie czytamy: „Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli” (KKK 2560). W tym pragnieniu najlepiej wyraża się nieustanna modlitwa. Na modlitwie nie chodzi bowiem o myślenie o Bogu, ale o osobową więź z Nim, o bliskość. Czas poświęcony jedynie na modlitwę jest szczególnie intensywną modlitwą, niemniej modlitwa jest życiem i albo nieustannie się modlimy, albo nie modlimy się wcale. Jeżeli w ciągu dnia nie pamiętamy o Bogu, to nie potrafimy Go potem ściągnąć z zaświatów na chwilę, którą poświęcamy na modlitwę. Bóg nie może być na marginesie naszego życia. On musi być w centrum, albo Go naszym życiu w ogóle nie ma. Mówiąc inaczej: albo nasze prawdziwe serce jest autentycznie naszym sercem, czyli naszym centrum, albo to centrum staramy się budować po swojemu gdzieś indziej, tworząc serce fałszywe.

Aby modlitwa była nieustannie żywa w naszym sercu, w tradycji monastycznej wypracowano tak zwaną modlitwę serca, która zasadniczo polega na nieustannym powtarzaniu wezwania do Boga lub do Pana Jezusa. W XVIII wieku dwaj mnisi greccy Nikodem Hagioryta i Makary z Koryntu ułożyli antologię tekstów dotyczącą modlitwy serca, nadając jej tytuł „Filokalia”. Modlitwa serca jest modlitwą monologiczną, czyli modlitwą jednej sentencji wziętej najczęściej z liturgii lub z Pisma Świętego, którą mnisi powtarzając, nieustannie niejako przeżuwali (ruminatio) przez cały dzień. Modlitwa monologiczna jest bardzo przydatna dla wszystkich i może ją praktykować w zasadzie każdy chrześcijanin niezależnie od tego, czym się w życiu zajmuje. Do modlitwy monologicznej należy bardzo żywa do dzisiaj w Kościele wschodnim Modlitwa Jezusowa, o której pisze Katechizm Kościoła Katolickiego: 

Wezwanie świętego imienia Jezus jest najprostszą drogą nieustannej modlitwy. Często powtarzane z pokorą przez skupione serce, nie rozprasza się w „wielomówstwie” (Mt 6,7), lecz „zatrzymuje słowo i wydaje owoc przez swą wytrwałość”. Jest możliwe „w każdym czasie”, ponieważ nie jest ono czynnością obok jakiejś innej, ale czynnością jedyną, mianowicie miłowaniem Boga, który ożywia i przemienia wszelkie działanie w Chrystusie Jezusie (2668).

W Kościele zachodnim analogiczną rolę odgrywa różaniec, tyle że do różańca dołożono szereg dodatkowych elementów, jak np. orację („Święta Maryjo…”) i rozważania, które zmieniły pierwotny charakter tej modlitwy.

Miejscem wyboru życia lub śmierci

Jest ono miejscem decyzji w głębi naszych wewnętrznych dążeń. Jest miejscem prawdy, w którym wybieramy życie lub śmierć.

Może nas dziwić, że serce, nieuchwytne dla naszego rozumu, misteryjne centrum nas samych, jest miejscem najważniejszych decyzji, które rozstrzygają o życiu lub śmierci. Patrząc z perspektywy moralnej, naprawdę jesteśmy odpowiedzialni za decyzje, które podejmujemy w pełni świadomie i w wolności. Jak więc można rozstrzygać o tym, co najważniejsze w naszym życiu, w obszarze poza zasięgiem naszego rozumu?! 

Owe decyzje podejmowane „w głębi naszych wewnętrznych dążeń” są wyborami o charakterze egzystencjalnym, a nie jedynie racjonalnym. Niestety w naszej obecnej kulturze rozum kojarzymy z głową i czystym ratio, intelektualną aktywnością, oderwaną od serca. Natomiast wybory podejmuje się w wymiarze egzystencjalnym, czyli całym sobą. Podobnie jest w przypadku wyboru partnera życiowego. Ratio jest niewątpliwie ważnym czynnikiem, jednak zasadniczo decyzja wejścia w związek małżeński dotyczy życia i zaangażowania całej naszej osobowości, a nie tylko rozumu. Chodzi wówczas o wybór osoby i więzi z nią, a nie wybór racjonalności, czyli tak czy inaczej rozumianej opłacalności określonej relacji dla nas. Dlatego decyzja rozgrywa się na poziomie serca a nie tylko głowy. 

Serce jest naszym centrum, gdzie naprawdę jesteśmy w całości, a nie podzieleni na odrębne elementy: rozum, wola, uczucia. W sercu podejmowane są decyzje osobowe angażujące nasze „Ja”. Wybieramy w nim wpierw postawę otwartości na drugiego, czyli życzliwości, która jest pierwszym stopniem miłości, albo postawę zamknięcia się, obrony lub szukania własnych korzyści. Takie podstawowe decyzje rozstrzygają o konkretnych postawach w stosunku do innych, o naszych odpowiedziach na ich prośby, postawy, reakcje na nasze zachowania. Właśnie te podstawowe nastawienia, które rodzą się w sercu, rozstrzygają o jakości naszego życia. One są podejmowane w istocie przy każdej decyzji, bo w każdej decyzji się angażujemy. Często jednak robimy to nieświadomie lub oszukując siebie samych, udajemy, że niczego w istocie nie podejmujemy. Jest to zagadnienie życia w prawdzie lub pozorze. Odnosi się to wpierw i przede wszystkim do naszej wiary, która czasem jest rodzajem przyjętej ideologii dalekiej od prawdziwych postaw zawierzenia prawdzie i miłości. Postawa identyfikacji ideologicznej ma służyć naszemu dobremu mniemaniu o sobie jako o człowieku wierzącym. Prawdziwa wiara wyrasta z tego, co się dzieje w naszym sercu, a nie jedynie w głowie:

Modlitwa wiary nie polega jedynie na mówieniu „Panie, Panie”, lecz na zgodzie serca, by pełnić wolę Ojca (Mt 7, 21) (2611).

Właściwą postawę pokazuje Pan Jezus, Syn Boży, który stał się Człowiekiem, aby nam praktycznie pokazać, jak powinniśmy jako ludzie żyć.

Wzruszenie Jezusa: „Tak, Ojcze!” wyraża głębię Jego serca, Jego przylgnięcie do „tego, co podobało się” Ojcu, jak echo „Fiat” Jego Matki podczas Jego poczęcia i jak zapowiedź tego, co sam powie Ojcu w godzinie swojej agonii. Cała modlitwa Jezusa zawiera się w tym miłującym przylgnięciu Jego ludzkiego serca do „tajemnicy woli” Ojca (Ef 1, 9) (2603).

W Ogrójcu podczas modlitwy toczyła się wewnętrzna walka poprzedzająca najważniejszy moment Jego życia. Taka walka dokonuje się także w sercu każdego z nas. Jej istota polega na przylgnięciu do woli Ojca lub szukaniu swego. W rozmowie z uczniami Jezus powiedział wyraźnie:

Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło (J 4,34).

W innym miejscu wołał: Ale niech świat się dowie, że Ja miłuję Ojca i że tak czynię, jak Mi Ojciec nakazał (J 14,31). Przylgnięcie do woli Ojca stało się dla Niego pokarmem, czyli czymś, dzięki czemu On żył. Stało się powołaniem Syna. Święty Paweł w Hymnie o kenozie pisze: 

8 Uniżył samego siebie
stając się posłuszny aż do śmierci
i to śmierci na krzyżu.
9 Dlatego też Bóg wywyższył Go ponad wszystko
i dał Mu Imię
ponad wszelkie Imię,
10 aby na Imię Jezusa
zgięło się każde kolano
istot niebieskich, ziemskich i podziemnych (Flp 2,8–10).

Przylgnięcie do woli Ojca jest drogą Wcielonego Syna Bożego. Jednocześnie jest to nasza droga, którą On nam wskazał. Jednak sprzeciw wobec woli Ojca pojawia się w naszym umyśle, niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie, cała lawina logismoi: rozproszeń, namiętności uczuć, pragnień, lęków… Zmuszają nas one do nieustannego dokonywania wyboru, albo za Bogiem, albo za światem. Jeżeli nie uświadamiamy sobie tej wewnętrznej sytuacji i nie podejmujemy wyboru, to, jak uczy stara mądrość, dokonujemy faktycznie wyboru najgorszego z możliwych, gdyż tracimy własną podmiotowość, stając się bezwolnym narzędziem w ręku „kogoś, kto nam myśli”. 

Podstawą duchowej pracy jest uświadomienie sobie trwającej w naszym wnętrzu walki. Ta świadomość pozwala się autentycznie zaangażować, przyjąć określoną postawę wobec nieustannie przychodzących na nas rozmaitych myśli. Życie pokazuje, że musi to być determinacja, jednoznaczne przylgnięcie z mocnym postanowieniem odrzucenia wszystkiego, co sprzeciwia się przylgnięciu do woli Ojca. Najwyraźniej ukazuje się to podczas medytacji, wewnętrznej modlitwy i walki o bycie przed Bogiem. Katechizm mówi o tym:

Wejście w modlitwę wewnętrzną jest analogiczne do wejścia w liturgię eucharystyczną:  jest nim „skupienie” serca; poddanie całej naszej istoty tchnieniu Ducha Świętego; zamieszkanie w domu Pańskim, jakim jesteśmy; pobudzenie wiary, by wejść w obecność Tego, który nas oczekuje; zrzucenie wszelkich masek i zwrócenie serca do kochającego nas Pana, aby oddać się Mu jako ofiara, która zostanie oczyszczona i przekształcona (2711).

Nasze dążenie do całkowitego poddania się tchnieniu Ducha nieustannie jest atakowane przez opór ciała i przychodzące coraz to nowe myśli, uczucia, namiętności, wyobrażenia, pragnienia, potrzeby… Klasycznie mówi się o rozproszeniach. Modlitwa wewnętrzna bardzo często sprowadza się do walki z nimi. Warto jednak wiedzieć, że ta walka nie powinna polegać na zwalczaniu tych myśli. Katechizm podaje w tej materii bardzo dobrą radę: 

Najczęstszą trudnością w naszej modlitwie jest roztargnienie. W modlitwie ustnej może ono dotyczyć wyrazów i ich sensu; o wiele bardziej może dotyczyć Tego, do którego się modlimy w modlitwie ustnej (liturgicznej czy osobistej), w czasie rozmyślania i podczas kontemplacji. Próba odrzucenia roztargnienia równałaby się popadnięciu w jego sidła, podczas gdy wystarczy powrócić do swego serca: roztargnienie wyjawia nam, do czego jesteśmy przywiązani, i pokorne uświadomienie sobie tego przed Panem powinno obudzić naszą miłość przede wszystkim do Niego przez zdecydowane ofiarowanie Mu naszego serca, by je oczyścił. Tu właśnie ma miejsce walka: chodzi o wybór Pana, któremu mamy służyć (2729).

Doświadczenie walki duchowej podczas modlitwy wewnętrznej najlepiej nam uświadamia prawdę o wspomnianych w określeniu serca decyzjach podejmowanych „w głębi naszych wewnętrznych dążeń”. Jeżeli nie mamy tego doświadczenia, żyjemy nie w pełni świadomi tego, o co w istocie w naszym życiu chodzi, czyli o życie lub śmierć w wymiarze ostatecznym. Wybór życia to wybór Boga, śmierć jest związana z upartym trzymaniem się tego świata. Kiedy medytujemy, stajemy w centrum tej walki. W medytacji nie chodzi o to, żeby osiągnąć coś dla siebie, jakiś rodzaj przeżycia lub stanu czy doskonałości, ale żebyśmy byli dla Chrystusa i z Nim. Pan Jezus wyraźnie do tego nas wzywa w najczęściej powtarzanej przez niego sentencji: kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je (Mk 8,35). W medytacji dokonuje się przy pomocy słowa Bożego nieustanna walka o bycie przed Bogiem. Walka toczy się z natłokiem myśli, które starają się przeszkodzić w spotkaniu z Bogiem żywym. Tę prawdę wyraża nieco inaczej biblijne stwierdzenie, że Bóg jest „zazdrosny”. W Katechizmie czytamy:

Jeżeli prosimy sercem podzielonym, „cudzołożnym” (Jk 4, 4), Bóg nie może nas wysłuchać, gdyż chce naszego dobra, naszego życia. „A może utrzymujecie, że na próżno Pismo mówi: «Zazdrośnie pożąda On ducha, którego w nas utwierdził»?” (Jk 4, 5). Nasz Bóg jest o nas „zazdrosny”, co jest znakiem prawdy Jego miłości. (2737).

Z drugiej jednak strony każdy z nas doświadcza w sobie tajemnicy nieprawości, o której pisze św. Paweł w Liście do Rzymian (rozdział 7.). Każdy z nas jest człowiekiem grzesznym, każdy upada. Sprawiedliwość osiągamy dzięki łasce przez wiarę w Jezusa Chrystusa: 

Jest to sprawiedliwość Boża przez wiarę w Jezusa Chrystusa dla wszystkich, którzy wierzą. Bo nie ma tu różnicy: 23 wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, 24 a dostępują usprawiedliwienia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie które jest w Chrystusie Jezusie (Rz 3,22–24). 

Nasze życie jest powrotem do Tego, od Którego odeszliśmy przez wewnętrzne zbuntowanie (tajemnica grzechu pierworodnego). Duchowa walka dotyczy wysiłku powrotu. Nie potrafimy tego zrobić własnymi siłami. W istocie nasz wysiłek, nasza miłość jest z jednej strony odpowiedzią na uprzednią miłość Boga do nas, a z drugiej dokonuje się w nas mocą Ducha Świętego. 

Modlitwa wewnętrzna jest modlitwą dziecka Bożego, grzesznika, któremu przebaczono, który zgadza się na przyjęcie miłości, jaką jest kochany i chce na nią odpowiedzieć jeszcze bardziej kochając (por. Łk 7,36–50; 19,1–10). Jest on jednak świadomy, że jego odwzajemniająca miłość jest tą miłością, którą Duch rozlewa w jego sercu, albowiem wszystko jest łaską od Boga. Modlitwa taka jest pokornym i ubogim oddaniem się miłującej woli Ojca w coraz głębszym zjednoczeniu z Jego umiłowanym Synem (2712).

Nasze wybory nie są jedynie wynikiem naszego osobistego wysiłku, ale są wpierw darem i bez łaski nie jesteśmy w stanie wygrać wewnętrznej walki. Dlatego fundamentem naszej wiary jest pokora, inaczej bardzo łatwo popadamy w rozproszenia i ulegamy pokusie. Pokora też jest podstawą modlitwy: 

Podstawą modlitwy jest pokora. „Nie umiemy się modlić tak, jak trzeba” (Rz 8,26). Pokora jest dyspozycją do darmowego przyjęcia daru modlitwy: Człowiek jest żebrakiem wobec Boga (2559).

Tym samym samo nasze zdecydowanie na powrót do Boga powoduje, że już stajemy się uczestnikami spotkania z Nim. Widzimy to zdecydowanie u syna marnotrawnego, który przez doświadczenie upodlenia w upadku zrozumiał, że źle zrobił i wtedy zdecydował się wrócić do ojca. Nawet gdybyśmy najbardziej się zagubili i odeszli od Boga, to, kiedy autentyczne zwracamy się do Niego, On już jest obecny przy nas, a my już jesteśmy przy Nim i doświadczamy tajemnicy naszego serca, w którym dokonuje się spotkanie. O ile miłosierny ojciec z przypowieści (zob. Łk 15,11–32) wybiegł na spotkanie swojego syna marnotrawnego, widząc go z daleka zbliżającego się do domu, o tyle Bóg znajduje się przy nas już w samym momencie naszego zwrócenia się do Niego. Tajemnica naszego serca jest zatem z jednej strony misterium nieustannie aktualnej obecności Boga, z drugiej jednak jest wezwaniem, które oczekuje z naszej strony wysiłku zstępowania, wysiłku obejmującego całe nasze życie. 

Kiedy dotykamy tajemnicy naszej nieprawości w świetle prawdy o uprzedzającej nas i wszechogarniającej miłości Boga do nas, wtedy płynie z naszego serca modlitwa, która w tradycji monastycznej nosi nazwę „modlitwy łez”. Nie polega ona na rozrzewnieniu się nad sobą, nad pogubieniem, grzesznością, tylko jest doświadczeniem miłości Boga, który nas umiłował mimo tego, że jesteśmy grzesznikami. Taka miłość nas całkowicie powala przez swoją pokorę. Widzimy wówczas, że Bóg nie może inaczej, nie może nie przebaczyć, bo Jego istotą jest miłość i gdyby nie przebaczył, zdradziłby samego siebie. 

W tym objawiła się miłość Boga ku nam,
że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat,
abyśmy życie mieli dzięki Niemu.
10 W tym przejawia się miłość,
że nie my umiłowaliśmy Boga,
ale że On sam nas umiłował
i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy (1 J 4,9n).

Kiedy widzimy całą swoją nędzę, niegodziwość naszego postępowania, mając jednocześnie doświadczenie ogarniającej nas miłości Ojca, z naszych oczu leją się łzy, które, jak mówi tradycja Ojców Pustyni, obmywają serce. Powiedziałbym więcej, że tylko te łzy naprawdę oczyszczają nasze serce i dają wewnętrzne uzdrowienie. Bóg okazuje się bliżej nas, niż my sami siebie. Ojciec miłosierny z przypowieści, będąc jedynie obrazem Boga – miłosiernego Ojca, wyraził powód swojej radości z powrotu marnotrawnego syna słowami skierowanymi do starszego brata: 

A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się (Łk 15,32).

Tym bardziej Bóg, który jest źródłem życia, cieszy się z naszego wyboru: odrzucenia tego, co prowadzi ku śmierci, a przylgnięcia do tego, co daje nam udział w Jego życiu.

Miejscem spotkania

Jest miejscem spotkania, albowiem nasze życie, ukształtowane na obraz Boży, ma charakter relacyjny: serce jest miejscem przymierza.

Serce jest nie tylko miejscem, gdzie jestem, ale przede wszystkim jest miejscem spotkania, bo nasze życie ma charakter relacyjny. Możemy prawdziwie żyć jedynie w żywej relacji z innymi osobami, o czym bardzo zdecydowanie mówi Drugi Sobór Watykański. 

Człowiek będąc jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego, nie może odnaleźć się w pełni inaczej jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego (KDK 24).

Fundamentem naszej więzi z innymi jest Bóg, którego jesteśmy obrazem, a który jednocześnie stanowi dla nas źródło wszelkiej relacyjności. Każda inna relacja tak czy inaczej odbija tę podstawową relację do Niego. Z Jego strony mamy gwarancję niewzruszonej wierności nawet wówczas, gdy sami okazujemy się niewierni: Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego (2 Tm 2,13). To Jego wierność nam i miłość do nas stopniowo odsłaniają nam najgłębszą prawdę o nas samych, prawdę w takim kształcie, jaki ona ma w Bożym zamyśle. Bóg daje nam siebie i chce, żebyśmy Mu siebie oddali. Przez to wzajemne oddanie dokonuje się wejście w komunię, w to, co jest pełnią życia na podobieństwo Boże. Taki był zamysł Boży od początku, jeszcze przed stworzeniem świata:

On napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich – w Chrystusie. 4 W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości 5 przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, 6 ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym… 

10 Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili (Ef 1,3–5; 2,10).

Nasze życie w istocie jest drogą odkrywania własnego misterium i stawania się tym, kim jesteśmy w Bożym zamyśle.

W miarę jak Bóg się objawia i objawia człowieka samemu człowiekowi, modlitwa ukazuje się jako wzajemne przyzywanie się, jako wydarzenie Przymierza. Wydarzenie to, przez słowa i czyny, angażuje serce. Ujawnia się w całej historii zbawienia (2567).

Niestety często nasza wiara przemienia się w szukanie dla siebie pewności tego, że jesteśmy ludźmi uczciwymi, aby nikt nie był w stanie nam niczego zarzucić. Jednak Bóg jest nam wówczas potrzebny, jak faryzeuszowi z przypowieści o modlitwie w świątyni (zob. Łk 18,10–14), do potwierdzenia naszego dobrego mniemania o sobie, że jesteśmy dobrzy, porządni. Dlatego zarówno Prawo Boże, jak i praktyki religijne podejmujemy wówczas w celu usprawiedliwienia. To jednak niczego nie daje, bo religia jest żywą relacją osobową z Bogiem w prawdzie, a nie miejscem potwierdzenia własnej doskonałości. Pomyłką jest sprowadzanie wiary do formalnych zasad moralnych lub rytualnych, które same w sobie nie dają życia: 

Rytualizm prowadził jednak często lud do zbyt zewnętrznego kultu. Potrzeba było wychowania wiary i nawrócenia serca. Było to zadaniem proroków zarówno przed wygnaniem, jak i po nim (2581).

Wiara jest zawierzeniem, żywą relacją osobową, w której nie chodzi o uzyskanie czegoś dla siebie, ale o samą więź miłości. 

7 Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. 8 Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością (1 J 4,7–8). 

Dlatego w modlitwie nie chodzi w istocie o uzyskanie czegokolwiek, choćby najcenniejszego, ale o żywą więź w miłości. Katechizm mówi: 

Dawca jest cenniejszy niż udzielony dar – On jest „Skarbem”, a jest w Nim serce Jego Syna; dar jest udzielany „jako dodatek” (2604).

W tym kontekście należy widzieć medytację chrześcijańską jako wysiłek zstępowania do serca, gdyż ono jest miejscem naszego spotkania z Bogiem:

Serce jest miejscem, gdzie szukamy Go i spotykamy, w ubóstwie i w wierze (2710).

Włodzimierz Zatorski OSB
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Malgorzata
Malgorzata
9 miesięcy temu

Bardzo dziękuję, to wyjaśnienie było bardzo pomocne

QxcktkpTURBXy81NzZlYmVkYmE5ODJlN2RmMjk5OTFkNzllZjE1OGIyNi5qcGeRkwIAzQG8_resized.jpeg