Modlitwa serca

Modlitwa serca pojawiła się w tradycji monastycznej jako swoista odpowiedź mnichów na słowa Pana Jezusa wzywające nas do nieustannej modlitwy (zob. Łk 18,1). W Nowym Testamencie znajdujemy wielokroć takie wezwanie. Wprost o nieustannej modlitwie napisał św. Paweł do Tesaloniczan: nieustannie się módlcie! (1 Tes 5,17). Niektórzy rozumieli to dosłownie w ten sposób, że starali się nieustannie wypowiadać słowa modlitwy, co oczywiście było niemożliwe ze względu na różne konieczne czynności w ciągu dnia, a także zwykłe kontakty z innymi. Stopniowo mnisi dochodzili do odkrycia modlitwy serca jako nieustannej modlitwy. 

Źródłowym tekstem na temat modlitwy serca są Filokalia. Są to zebrane myśli mnichów pierwszych wieków – Ojców Pustyni i później żyjących mnichów prawosławnych. Właściwie polskie tłumaczenie jest wyborem z całej Filokalii i można by powiedzieć, że jest Małą Filokalią. Wydało tę książkę Wydawnictwo Tyniec z bardzo dobrym wstępem ks. Józefa Naumowicza, tłumacza, który jednocześnie wybrał teksty do polskiego wydania. Całość tekstów filokalicznych jest obecnie w przygotowaniu w Wydawnictwie Tyniec.

Nieco paradoksalnie na wstępie zacytuję tekst należący do źródeł modlitwy serca a napisany w IV w. przez Ewagriusza z Pontu (zmarł w roku 399 r.). Był on pierwszym mnichem-pisarzem. W jednej z sentencji na temat modlitwy napisał tak: 

Walcz, by podczas modlitwy swój umysł zachować głuchym i niemym, a będziesz mógł się modlić (Ewagriusz z Pontu 11). 

Po przeczytaniu takiego tekstu współczesny człowiek będzie miał zapewne mieszane uczucia, a nawet może uznać ten tekst za całkowicie bezsensowny lub przynajmniej będzie zastanawiać się, o co w nim chodzi? Jednak jest to jedna z fundamentalnych porad dotyczących modlitwy serca. Aby wyjaśnić jej sens, musimy uświadomić sobie kilka prawd na temat funkcjonowania naszego umysłu i na tym tle zrozumieć, o co chodzi w modlitwie.

Modlitwa – czym jest?

Obecnie za modlitwę uważa się powszechnie zanoszone do Boga prośby, dziękczynienie albo uwielbienie Go za Jego wspaniałość. Są to trzy klasyczne formy modlitwy: modlitwa prośby, modlitwa dziękczynienia i uwielbienia. Wchodząc głębiej, mówimy o modlitwie wewnętrznej, która może prowadzić do mistyki, do bliższego poznania wspaniałości Boga, a nawet do doznań mistycznych.

Natomiast w modlitwie nie chodzi jedynie o to, aby coś osiągać, czegoś doznawać, coś wyrażać. Bardzo dobrze na temat modlitwy mówi IV część Katechizmu Kościoła Katolickiego (dalej: KKK). Czytamy tam: „modlitwa jest życiem nowego serca” (KKK 2697). Modlitwa zasadniczo nie sprowadza się do konkretnego aktu, ale jest życiem ukierunkowanym na spotkanie z Bogiem. Kiedy się zastanawiamy nad sensem życia, to zawiera się on w samym życiu. Życie jest sensowne, o ile jest „pełne życia”. Brzmi to jak tautologia, ale nią nie jest. Wielu ludzi szuka atrakcji, bogactwa, znaczenia, sławy, myśląc, że w nich zawiera się pełnia życia. Natomiast życie ma swoją wartość niezależnie od tego, co ludzie sobie wyobrażają na jego temat. 

Można powiedzieć za Panem Jezusem, że życie poznaje się po owocach. Jakie są to owoce? Mówi o tym bardzo wiele tekstów biblijnych, szczególnie Nowego Testamentu. W zwartej formie wymienia je św. Paweł w Liście do Galatów: Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, 23 łagodność, opanowanie (Ga 5,22–23). Do tych owoców Ducha należy jeszcze dodać: pokorę, przebaczenie, wdzięczność i wytrwałość. Wcześniej, w tym samym rozdziale, św. Paweł wylicza to, co się „rodzi” z ciała, czyli co jest wynikiem działania naszych namiętności i co ostatecznie niszczy nasze życie (zob. Ga 5,19–21, który cytowaliśmy na s. ). 

W istocie owoce Ducha są tożsame z cechami miłości, które także św. Paweł wymienia w Hymnie o miłości z 1 Kor 13. Prawdziwe życie polega bowiem na więzi miłości. W życiu chodzi o spotkanie, komunię w pełni miłości z drugim człowiekiem. Wtedy jest ono spełnione. W modlitwie właśnie o to chodzi w relacji z Bogiem: „Modlitwa – czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie – jest spotkaniem Bożego i naszego pragnienia. Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli” (KKK 2560). Modlitwa jest odpowiedzią na to Boże pragnienie miłości. Św. Jan w Pierwszym Liście pisze, że Bóg jest miłością (1 J 4,8). W spotkaniu miłości Bożej i naszej pojawia się to, co nazywamy modlitwą.

Odpowiedź serca

Katechizm, nawiązując do spotkania Pana Jezusa z Samarytanką przy studni w pobliżu Sychem (zob. J 4), zwraca uwagę na to, że to Pan Jezus pierwszy prosił kobietę, aby dała Mu pić. Ta scena odpowiada ogólnej prawdzie, że Bóg zawsze pierwszy się odzywa. Katechizm Kościoła Katolickiego pisze w tym kontekście, że modlitwa jest odpowiedzią: 

Nasza modlitwa błagalna jest – w sposób paradoksalny – odpowiedzią. Jest odpowiedzią na skargę Boga żywego: Opuścili Mnie, źródło żywej wody, żeby wykopać sobie cysterny popękane (Jr 2,13). Modlitwa jest odpowiedzią wiary na darmową obietnicę zbawienia, odpowiedzią miłości na pragnienie Jedynego Syna (2561). 

Na pytanie, skąd pochodzi nasza modlitwa, Katechizm odpowiada, że „modli się cały człowiek”. Kiedy jednak chce określić miejsce, skąd ona wypływa, pisze: „Modli się serce. Jeśli jest ono daleko od Boga, modlitwa pozostaje pusta” (KKK 2562). Zatem prawdziwa modlitwa ma swoje źródło w sercu! Jednak to stwierdzenie może w Kościele zachodnim brzmieć kontrowersyjnie. Wiąże się to z tym, że w średniowieczu nastąpiła na Zachodzie zmiana pojęcia serca. Od tego czasu do dzisiaj serce kojarzymy z centrum uczuć, przeżywania, doznań, pragnień związanych z emocjami i miłością rozumianą jako uczucie. W opozycji do serca stawiamy rozum i wolę, które umieszczamy w głowie. Pomiędzy sercem i głową istnieje silne napięcie, a nawet czasem przeciwieństwo. Czasami mówi się, że „najdalsza droga, jaką człowiek musi przejść, to droga od głowy do serca”. 

Jeżeli serce jest rozumiane jako centrum uczuć, to określenie „modlitwa serca” odnosi się do modlitwy uczuciowej, a ta była uważana za mniej doskonałą niż modlitwa wyrosła z rozumu i woli. Takie refleksje prowadziły do widzenia modlitwy w kategoriach prośby, dziękczynienia lub uwielbienia. Jednak taka modlitwa odnosi się do czegoś: pragniemy czegoś, o czym myślimy, że jest dla nas dobre, dziękujemy Bogu za coś, co także uważamy za dobre oraz uwielbiamy Go za dobro. Tymczasem w Ewangelii Pan Jezus mówi, że tylko Bóg wie, co jest dla nas prawdziwie dobre. Prosząc o coś, możemy mieć wątpliwość, czy na pewno prosimy o coś dobrego. W modlitwie „Ojcze nasz” modlimy się: „bądź wola Twoja”. Natomiast my najczęściej z uporem prosimy o realizację naszych pragnień, bo wydaje się nam, że wiemy, co jest dobre. 

Katechizm wraca do biblijnego pojęcia serca, które potem było przyjęte przez Ojców Kościoła i mnichów. To określenie niezmiernie trafnie oddaje prawdę o nas samych, o naszym wnętrzu. W Katechizmie czytamy: 

Serce jest mieszkaniem, w którym jestem, gdzie przebywam (według wyrażenia semickiego lub biblijnego: gdzie „zstępuję”). Jest naszym ukrytym centrum, nieuchwytnym dla naszego rozumu ani dla innych; jedynie Duch Boży może je zgłębić i poznać. Jest ono miejscem decyzji w głębi naszych wewnętrznych dążeń. Jest miejscem prawdy, w którym wybieramy życie lub śmierć. Jest miejscem spotkania, albowiem nasze życie, ukształtowane na obraz Boży, ma charakter relacyjny: serce jest miejscem przymierza (2563).

Kiedy się zastanowimy nad sobą, to musimy stwierdzić, że nie wiemy, kim jesteśmy, nie wiemy, dlaczego jesteśmy, nie wiemy, po co jesteśmy… Niestety wielu ludzi ignoruje ten fakt, wcale nie podejmuje takiej refleksji. Nie wiemy, jaki jest sens naszego życia, o co w nim chodzi. Nie wiemy, jaki będzie kres naszego życia. Każdy z nas jedynie stopniowo odkrywa prawdę o sobie i sensie swojego życia. Modlitwa jest miejscem, gdzie w sposób szczególny odkrywamy te prawdy i to w sposób najgłębszy. Prawdziwy wymiar modlitwy serca uświadamia nam, że jeszcze nie jesteśmy sobą, że dopiero się sobą stajemy. To, kim mamy się stać, jest misterium, a modlitwa jest miejscem odkrywania własnej tożsamości. Przy takim rozumieniu serca, jak to podaje Katechizm, w modlitwie nie chodzi o osiągnięcie lub zdobycie czegoś, ale o własną tożsamość wyrastającą ze spotkania z Kimś, z komunii miłości z Bogiem. 

W określeniu serca bardzo ważne jest stwierdzenie, że serce nie sprowadza się do centrum uczuć, tylko jest centrum nas samych, jest miejscem, gdzie jesteśmy sobą. Drugie ważne stwierdzenie mówi, że jest ono nieuchwytne dla naszego rozumu, co koresponduje z naszą świadomością, że nie wiemy, kim jesteśmy. Taka jest prawda o nas. Jeszcze nie jesteśmy w swoim sercu. Jedynie Duch Boży je zgłębia i tylko On może nas do niego doprowadzić, bo serce jest miejscem spotkania z Bogiem i w Nim z drugim człowiekiem. 

Człowiek jest obrazem Boga i dlatego jego prawdziwy sens da się odczytać jedynie w perspektywie samego Boga. Jesteśmy wolnymi osobami, serce jest miejscem wyboru. Wybieramy w nim życie albo śmierć. Serce jest miejscem spotkania i jedynie w nim możemy prawdziwie spotkać się z Bogiem, czyli prawdziwie się modlić. Ponadto jest ono miejscem przymierza miłości, bo dopiero spotkanie na poziomie serca prowadzi do prawdziwej miłości.

Jeżeli nie rozumiemy serca zgodnie z podanym wyżej określeniem, to modlitwa serca jest widziana jako emocjonalna, a co za tym idzie jako zmienna, rozmyta. Natomiast jeżeli serce jest naszym ukrytym centrum, w którym naprawdę jesteśmy sobą, a właściwie do którego zstępujemy, aby stać się sobą, bo tylko w nim możemy być sobą, to modlitwa serca dotyka naszej najgłębszej tożsamości. Tylko w sercu możemy się spotkać z Tym, który jest źródłem naszej tożsamości, dlatego tylko w sercu naprawdę możemy się modlić. 

Św. Augustyn pisze w Wyznaniach, że „Bóg jest bliżej nas niż my sami siebie”, co koresponduje z podanym określeniem serca jako miejsca spotkania Boga, miejsca, które przenika tylko sam Bóg, a my jedynie do niego zstępujemy. Rozum, wola i emocje wszystkie mają swoje miejsce w sercu. 

Myślenie w Biblii jest myśleniem sercem. Ma ono wymiar egzystencjalny, jest swoistą syntezą rozumu, uczuć i woli, przez co przekłada się na konkretną postawę i przeradza się w czyn. Tak było w przypadku miłosiernego Samarytanina, który wzruszył się głęboko i dlatego dopomógł pobitemu przez zbójców na drodze do Jerycha (zob. Łk 10,30–37). Zachowanie kapłana i lewity było ucieczką w racjonalizację – jak możemy sobie to wyobrazić. Nie podjęli wyzwania, jakie niewątpliwie zbudziło się w ich sercu przy spotkaniu człowieka potrzebującego pomocy. 

W sercu jesteśmy u siebie, u źródła swojej tożsamości. Jednak nasze życie rozpoczyna się od braku świadomości tego, kim jesteśmy, po co jesteśmy… Serce jest dla nas do odkrycia. Każdy z nas jest wolny i przez swoje wybory sam siebie określa. Na zakończenie przypowieści o miłosiernym Samarytaninie Pan Jezus zadaje pytanie: Kto z tych trzech okazał się według ciebie bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców? (Łk 10,36). Okazał się nim Samarytanin, klasyczny wróg Żydów! Dokonało się to przez gest miłosierdzia. To jest zasada uniwersalna: przez miłosierdzie stajemy się braćmi drugiego człowieka. Natomiast przez ucieczkę od odpowiedzialności za drugiego człowieka stajemy się dla niego obcy. Jednocześnie jest to ucieczka od serca, od swojego prawdziwego „ja”, bo ono z istoty swojej rodzi się jako odpowiedź na wezwanie idące od innej osoby, wezwanie, w którym jednocześnie odkrywamy bliskość drugiego, solidarność w człowieczeństwie, „drugie ja we wspólnym człowieczeństwie”. Wraz z solidarnością w człowieczeństwie pojawia się odpowiedzialność za drugiego, troska o jego dobro, o wzajemną więź, o miłość i przebaczenie… Jednak miłość i odpowiedzialność nas zobowiązują, co wymaga wysiłku, trudu, poświęcenia. Dlatego czasami wolimy uciekać i zamknąć się w ego – fałszywym miejscu naszego przebywania. Chowamy się za barykadą, uciekamy do „fałszywego serca”. 

Tomasz Merton pisał, że nasze fałszywe „ja” musi umrzeć, bo Bóg go nie zna. Bóg zna tylko to „ja”, które w nas stworzył. Kiedy mówimy o prawdziwej modlitwie, mamy na myśli prawdziwe serce, miejsce zamieszkania prawdziwego „ja”. Natomiast warto pamiętać, że są modlitwy pochodzące z głębi fałszywego „ja”. Przykładem była modlitwa Lady Makbet, która modliła się o siłę nienawiści, by mogła razem z mężem zabić króla Dunkana. Była to klasyczna modlitwa fałszywego serca. Na mniejszą skalę my również możemy tak się modlić kierowani ambicjami, zawiścią, napędzani złością, pragnieniem wynoszenia się nad innych… Taka modlitwa jednak nie trafia do Boga, jak to powiedział sam Pan Jezus w przypowieści o faryzeuszu i celniku w świątyni (zob. Łk 18,9–14). 

Właściwy sens modlitwy serca

W sercu wybieramy życie lub śmierć, w ten sposób wybieramy siebie. Nie jesteśmy jeszcze sobą, ale stajemy się sobą przez nasze wybory. Jeżeli wybierzemy kłamstwo, które, jak nam się wydaje, upraszcza nam drogę do celu, stajemy się kłamcami. Jeżeli mówimy prawdę, która często nas dużo kosztuje, jesteśmy ludźmi wiarygodnymi. Ten proces stawania się, wybierania swojej tożsamości, nie ogranicza się tylko do wyborów moralnych. Kiedy wybieramy określony zawód, np. lekarza, prawnika, nauczyciela, wybieramy powołanie, współmałżonka, miejsce zamieszkania, itd. To wszystko nas bardzo konkretnie określa i nadaje nam tożsamość. Podobnie wybór swojego powołania czy partnera życiowego, wprowadza nas w określone relacje rodzinne, towarzyskie, sąsiedzkie itd., co daje nam określoną tożsamość w życiu społecznym. Podobnie wybory opcji politycznych, wspólnot różnego rodzaju, solidarności z określoną grupą ludzi itd.…

Niezmiernie ważnym dla nas odkryciem jest to, że myśli na nas przychodzą. Sami ich nie wymyślamy, podobnie jak w przypadku pogody, której sobie nie stwarzamy, ale jest nam ona dana. Oczywiście jesteśmy w stanie myśli prowokować lub ich unikać przez określone działania. Jednak, jak mówił ks. Józef Tischner, myśli na nas przychodzą i jako takie nie są nasze. One stają się nasze dopiero, kiedy je przyjmujemy i za nimi idziemy. Dotyczy to również emocji, wrażeń, przypomnień, wyobrażeń, pożądań. Mnisi nazywali to logismoi, czyli myślami. Niestety większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy! Dlatego też dosyć łatwo dają sobą sterować, mniemając, że sami coś wymyślili. 

Myśli, uczucia, wspomnienia, pragnienia, lęki… przychodzące na nas mają bardzo różny charakter. Mogą być skierowane ku czemuś dobremu lub obojętnemu, ale często pobudzają nasze namiętności, skłaniając do złych czynów. W tym kontekście sztuka życia polega na umiejętności rozróżniania tych myśli i właściwym wyborze tego, co jest dobre a odrzuceniu tego, co złe. Kryterium „złe” i „dobre” nie można sprowadzić do wymiaru moralnego. Wybór odnosi się do czegoś bardziej fundamentalnego: do tego, co prowadzi nas do życia w jego pełni lub przeciwnie – to życie niszczy. Czasami myśli nie są moralnie złe, ale zabierają nam czas, który powinniśmy poświęcić naszym bliskim, na odpoczynek lub na modlitwę. Myśl sama w sobie dobra może przeszkadzać w realizacji podstawowego obowiązku, przez który sami się realizujemy i wówczas jest ona zła. Tym bardziej odnosi się to do myśli moralnie neutralnej.

Należy wyraźnie odróżnić myśli, które prowadzą nas na manowce, od tych, które nazywamy natchnieniami Ducha Świętego i prowadzą nas do naszej najgłębszej tożsamości. Myśli namiętne związane z pragnieniami zazwyczaj są wyraźne, głośne, narzucające się. Natomiast to, co przychodzi od Boga, zazwyczaj jest ciche i delikatne. Jest jak głos sumienia i raczej ma charakter pytania lub zaproszenia niż żądania spełnienia jakiegoś zamysłu. Te myśli pytają fundamentalnie: czy chcesz żyć? Kim jesteś, kiedy podejmiesz to działanie? Albo wzywają: chciej mieć sumienie. Mądrość polega na tym, żeby umieć usłyszeć te natchnienia i je w życiu podjąć. W tym kontekście bardzo trafnie brzmi sentencja ks. Józefa Tischnera mówiąca, że myślenie w istocie polega na skupieniu się na słuchaniu. W ten sposób dochodzi do prawdziwego poznania. Na ogół człowiek słyszy to, co chce usłyszeć – czyli zasadniczo myśli zgodne z namiętnościami. Jeżeli jest wrażliwy na to, co spotyka na świecie: bogactwo, sławę, znaczenie, władzę…, to będzie przyjmował myśli, które schlebiają tym namiętnościom. Natomiast kiedy człowiek chce usłyszeć głos sumienia, to znaczy, że musi się spotkać z głębokim milczeniem. Sumienie nie gada, sumienie milczy, jak mówił ks. Józef Tischner. Milcząc, jednak mówi więcej niż jakakolwiek gadanina.

Milczenie skupione na słuchaniu, o którym mówi Tischner, właściwie odpowiada istocie modlitwy. Modlitwa jest dialogiem z Bogiem. W każdym dialogu trzeba dać możliwość mówienia mądrzejszemu, a w relacji między nami a Bogiem nie ma wątpliwości, kto jest mądrzejszy. Natomiast zazwyczaj jesteśmy przyzwyczajeni do wypowiadania przed Bogiem naszych próśb, do swoistego koncertu życzeń podczas modlitwy, co kłóci się z powyższą zasadą. Modlitwa jako skupienie się na słuchaniu jest nastawiona na Boże słowo. 

Oczywiście powinniśmy prosić o stosowne dobra dla siebie i innych. Mówi o tym sam Pan Jezus: 

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. 24 Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna (J 16,23–24).

„Bóg pragnie, byśmy Go prosili”. Prośba niewątpliwie staje się sposobnością dla Boga, by nas obdarzyć czymś dobrym. Jednak modlitwa nie sprowadza się do modlitwy prośby. Istnieje wiele rodzajów modlitwy, odpowiednich do różnych sytuacji, w jakich się znajdujemy. Niemniej gdy chcemy mówić o modlitwie w jej najgłębszym sensie, to powinna polegać ona na skupieniu się na słuchaniu. Wsłuchując się w głos sumienia, które jest głosem Boga w naszym wnętrzu, jesteśmy w stanie odkryć prawdę o relacji Boga do nas, prawdę o nas samych i o tym, co rzeczywiście jest dobre dla nas, gdyż tego sami z siebie nie wiemy.

Między prawdziwym i fałszywym sumieniem

Pojawia się jednak problem odczytywania głosu sumienia. Często bowiem sumienie mylimy z tym, co psychoanaliza nazywa superego. Pierwsi psychoanalitycy, odkrywając superego, rzeczywiście uważali, że odkryli sumienie. Natomiast superego jest strukturą nakazowo-zakazową wytworzoną w nas szczególnie przez wychowanie i wzrastanie w społeczeństwie, w którym obowiązują rozmaite zasady, często niepisane, różne tabu, których nie można przekraczać. Superego to wszystko w sobie zawiera i w związku z tym budzi w nas lęki, wywiera na nas presję, byśmy postępowali według tych norm. Sumienie natomiast niczego nie wymusza, pozostawia nam wolny wybór. Ono raczej pyta: Kim jesteś, robiąc to lub tamto? Dzięki temu możemy łatwo rozpoznać, czy mamy do czynienia z superego, czy sumieniem. Jeśli ulegniemy superego, to czujemy się niekomfortowo, czujemy, że coś zdradziliśmy, że coś straciliśmy z naszej godności i prawdziwej wartości. Natomiast kiedy nawet walczymy ze swoim sumieniem, buntujemy się, ale w końcu mu ulegamy, to doświadczamy, że zrobiliśmy to, co powinniśmy byli zrobić. W przedziwny sposób, ulegając głosowi sumienia, czyli głosowi, który jest niejako „spoza nas”, uzyskujemy poczucie, że osiągamy prawdziwą tożsamość. Jest to przedziwne, że głos sumienia, który jakby przychodzi skądinąd, tak naprawdę pochodzi z głębi naszego serca i prowadzi nas do bycia sobą samym w prawdziwej tożsamości. 

Kiedy Ewagriusz z Pontu używa słowa logismoi, to zasadniczo utożsamia je z myślami namiętnymi, prowadzącymi nas do zła. One gadają, są natrętne. Natomiast sumienie milczy. Aby je usłyszeć, trzeba samemu zamilknąć. Sumienie pyta: kim jesteś? Czy chcesz żyć?

Dopiero w tym kontekście można powiedzieć kilka słów o modlitwie serca, modlitwie wypływającej z samego serca, czyli z sumienia. Nikt z nas praktycznie nie jest w sercu, ale jak czytaliśmy w Katechizmie, do niego trzeba nam dopiero zstępować. Zalewają nas różne fałszywe myśli, pragnienia, uczucia, lęki, które nam przeszkadzają na drodze do naszego serca. Kiedy chcemy się skupić na modlitwie i być tylko przed Bogiem, i dla Niego, to okazuje się, że nie jesteśmy w stanie osiągnąć skupienia, ponieważ zalew myśli, skojarzeń, wyobrażeń, pragnień jest tak przemożny, że nas przygniata i czyni nas niezdolnymi do tego, żeby choć przez chwilę być przed Bogiem. Dojście do modlitwy serca wymaga ciężkiej pracy. 

Po pierwsze nie dajmy się zwariować myślom, które na nas przychodzą. W tym kontekście wróćmy do zacytowanego na początku zdania Ewagriusza: „Czyń wysiłki, aby podczas modlitwy swój umysł zachować głuchym i niemym. Wówczas bowiem będziesz mógł się modlić”. Czyli staraj się zrobić tak, żeby logismoi cię nie zwodziły. Dopiero w kontekście tego, co zostało wcześniej napisane, te słowa nabierają właściwego sensu. Wskazują na modlitwę, która jest spotkaniem dwóch pragnień: Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli, a my pragniemy być Jego dziećmi. W modlitwie serca chodzi o to, żeby być z Bogiem i dla Boga. Nie chodzi o zdobycie czegoś, zaszczytów, znaczenia, doskonałości, wiedzy przenikającej wszystko, pomyślności w życiu itd., ale chodzi o bycie w Bogu.

Modlitwa Jezusowa

W tym kontekście dopiero można powiedzieć coś o praktyce modlitwy serca. Ponieważ serce nie jest w naszej władzy, dlatego musimy stosować różne metody, aby do serca dotrzeć. Jedną z nich jest medytacja, która jest trwaniem przed Bogiem i dla Boga. Medytować to być obecnym przed Bogiem – jak mówił Romano Guardini. Podstawową przeszkodą w medytacji są wspomniane wyżej logismoi. Można walczyć z nimi na różne sposoby. Mnisi wypracowali szczególną praktykę. Od początku we wspólnotach mnichów odmawiano wspólnie liturgię, podczas której recytowali oni psalmy. Kiedy potem rozchodzili się do różnych zajęć, w ich głowie pozostawał jakiś werset z psalmu, który sobie potem powtarzali nieustannie przez cały dzień podczas wykonywanej pracy. Modlitwę nieustannego powtarzania jednego wersetu nazwali modlitwą monologiczną (logos to nie tylko słowo, ale wypowiedź, sentencja, idea, sens). Poprzez nieustanne powtarzanie tego wersetu ciągle wchodzili w relację z Bogiem. Nie bez znaczenia było to, że werset był fragmentem słowa Bożego, czyli był cytatem z Biblii. W ten sposób do Boga zwracali się oni Jego słowem. 

Na Wschodzie rozwinęła się praktyka tak zwanej „modlitwy Jezusowej”, która wyrosła z modlitwy monologicznej i polega na nieustannym powtarzaniu sentencji: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Zawiera ona wyraźnie dwie frazy, pierwsza z nich: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego” – jest adresem a jednocześnie wyznaniem wiary. Jezus Chrystus to nie jest imię i nazwisko, ale wyznanie wiary, że Jezus z Nazaretu jest prawdziwym Chrystusem, czyli Mesjaszem. Przy uzupełnieniu słowami „Synu Boga żywego” mamy pełne wyznanie wiary Nowego Testamentu: Jezus z Nazaretu jest prawdziwym Mesjaszem i Synem Boga. Do tego trzeba jeszcze dodać prawdę, że On umarł i zmartwychwstał, co w pierwotnym Kościele było w żywej pamięci. 

W modlitwie Jezusowej jest zawarte to wyznanie wiary. Nie chodzi o odklepanie formuły dogmatycznej, ale szczere uznanie tego, co się dokonało, a właściwie było czymś paradoksalnym. Do dzisiaj dla żydów i dla mahometan krzyż jest przekleństwem. Dla nich jest on profanacją. Do dzisiaj uważają, że Mesjasz nie mógł umrzeć na krzyżu, bo był on narzędziem hańby a nie chwały, a Mesjasz musiał być zwycięski w sensie ziemskim, powinien triumfować. Ponadto umierający na krzyżu był przeklęty, bo w Księdze Powtórzonego Prawa napisano: wiszący jest przeklęty przez Boga (Pwt 21,23). Św. Paweł świadomy tego pisze, że przez krzyż Jezus wyzwolił nas spod „przekleństwa Prawa”:

Z tego przekleństwa Prawa Chrystus nas wykupił – stawszy się za nas przekleństwem, bo napisane jest: Przeklęty każdy, którego powieszono na drzewie14 aby błogosławieństwo Abrahama stało się w Chrystusie Jezusie udziałem pogan i abyśmy przez wiarę otrzymali obiecanego Ducha (Ga 3,13–14).

Dla chrześcijan śmierć Jezusa na krzyżu za nas, z miłości, jest najpełniejszym objawieniem Boga, który jest miłością. W pierwszej frazie modlitwy Jezusowej jesteśmy świadomi tej prawdy i ją wyznajemy. Natomiast druga część sentencji modlitwy Jezusowej brzmi: „zmiłuj się nade mną grzesznikiem” lub: „zmiłuj się nad nami”. Cała modlitwa wyraża zatem: „Panie Jezu Chryste Synu Boga żywego, Ty, który tak nas ukochałeś, Ty jesteś objawieniem Boga, Jego miłości, zmiłuj się nad nami grzesznymi”.

W Nowym Testamencie znajduje się wiele sytuacji, w których pada podobne stwierdzenie. Wymowne było wołanie Bartymeusza, niewidomego spod Jerycha, który wzywał głośno pomocy, mimo że starano się go uciszyć: Jezusie Synu Dawida ulituj się nade mną! (zob. Mk 10,46–48). Podobnie mówiła kobieta kananejska, matka opętanej córki (zob. Mt 15,22) czy trędowaci (zob. Łk 17,13) a także dwóch niewidomych (zob. Mt 9,27). Tradycja modlitwy Jezusowej wchodzi w to wołanie, w którym nie troszczymy się o jakieś dobro dające nam rodzaj pomyślności w życiu, tylko o samo życie, o być albo nie być, o życie lub śmierć. „Zmiłuj się”, to znaczy, daj nam udział w życiu! Ocal nas przed śmiercią! W określeniu serca czytamy, że jest ono miejscem prawdy, gdzie wybieramy życie lub śmierć.

Modlitwa serca jest praktyką, która ma nas zaprowadzić do serca. Ma ona tę właściwość, że możemy ją powtarzać, robiąc cokolwiek i w ten sposób modlić się nieustannie. Są jednak momenty, kiedy zajmujemy się tylko nią, aby się w nią wdrożyć, aby stała się naszym oddechem. Ważnym elementem jest połączenie tej modlitwy z oddechem, z naturalnym rytmem naszego ciała. Pierwszą część – „Panie Jezu Synu Boga żywego” – mówi się na wdechu, a przy wydechu – „zmiłuj się nade mną grzesznym”. Robiąc wdech, przyjmujemy wiarę, zawierzamy, a wydychając, prosimy o życie. W ten sposób „modlitwa jest odpowiedzią wiary na darmową obietnicę zbawienia, odpowiedzią miłości na pragnienie Jedynego Syna” (KKK 2561). Kiedy człowiek nieustannie ją odmawia, to po pewnym czasie sam oddech staje się rytmem modlitwy. Przy każdym zajęciu nieustannie pulsuje w nas ta modlitwa. I w ten sposób wchodzimy na poziom modlitwy serca. Nie ma tu oczekiwania na doznanie mistycznych przeżyć, jest tylko wielkie wołanie o życie związane z udziałem w życiu Bożym.

Włodzimierz Zatorski OSB
guest
0 Komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments