Jak uleczyć nasze życie? Rozmowa z o. Włodzimierzem Zatorskim

– Szczęście kojarzy się z bogactwem, możliwością podróżowania czy kupowaniem niezliczonej liczby cudów techniki. Istotną potrzebą człowieka jest jednak coś zupełnie innego – mówi o. Włodzimierz Zatorski w wywiadzie dla „Gazety Olsztyńskiej”.

— To niecodzienna sytuacja. Na Mazury przyjeżdża mnich benedyktyński z krakowskiego Tyńca, aby właśnie tu osiąść. Benedyktyni kojarzą się raczej z górami, niż z jeziorami. Chce ojciec założyć klasztor?

— Raczej chcę w nowy sposób wyjść do ludzi. Problem polega na tym, że dziś trudniej założyć tradycyjny klasztor, tak jak to bywało przed laty. Jednym z powodów jest brak powołań czy kwestie finansowe. Na klasztor w tradycyjnym rozumieniu potrzebne byłyby miliony złotych. To raczej niemożliwe. Wydaje mi się jednak, że jest w ludziach tęsknota za tym, aby odnaleźć prawdziwą duchowość. Ona bez wątpienia znajduje się w tradycji monastycznej sięgającej Ojców Kościoła. Ich myśli genialnie syntetyzuje święty Benedykt w swojej Regule z VI wieku. Chcę ludziom pomóc odkrywać tę duchowość

— Na czym więc polega problem?

— Uważam, że postępowaniem i życiem człowieka rządzą ścisłe prawa. One są tak ścisłe, jak prawa przyrody. Jeżeli człowiek te zasady łamie, to niestety mści się na nim. Sam nie dochodzi do pełni życia, a przy okazji rani i niszczy ludzi wokół siebie. To jest właśnie dramat. Widać ogromne napięcie pomiędzy ludzkimi chęciami, pragnieniami, wyobrażeniami i marzeniami. Niestety, ludzkie szczęście kojarzy się z bogactwem, możliwością podróżowania czy kupowaniem niezliczonej liczby rzeczy w postaci różnorakich cudów techniki. To jest w zupełnej rozbieżności do tego, co jest naprawdę istotną potrzebą człowieka. Jako przykład dajmy zdrowie. Na Zachodzie mamy wielu ludzi chorych zarówno z przejedzenia, jak i życia w stresie. Sami sobie to fundują. W biedniejszych krajach, gdzie ludzie żyją z pracy rąk własnych są o wiele zdrowsi i bardziej radośni.

— Czy chodzi więc o benedyktyńską harmonię?

— Przede wszystkim trzeba wiedzieć, na czym ta harmonia polega. Nie chodzi tutaj o harmonię na płaszczyźnie psychicznej, kiedy to ludzie uczą się pewnych technik, które ich odprężają i pomagają poradzić sobie ze stresem. To działa troszkę jak farmakologia, która niweluje pewne skutki choroby czy niedomagań, natomiast ostatecznie nie leczy. Chodzi o harmonię duchową, która rodzi się z właściwego uporządkowania wartości i ich współgrania.

— Do swojego pomysłu ojciec zaangażował osoby świeckie. To niewątpliwie znak czasu, kiedy to nie tylko osoby duchowne mają coś do powiedzenia w, nazwijmy to, świecie ducha…

— Po pierwsze w Tyńcu nie było chętnych mnichów, aby pójść razem ze mną. Z drugiej strony trzeba wrócić do pierwotnego Kościoła, gdzie nie było aż tak widocznego podziału na duchownych i świeckich. Byli oczywiście diakoni, prezbiterzy i biskupi, jednak nie było dystansu. Wszyscy tworzyli jedną wspólnotę. Nie było mowy, że to jest jakaś odrębna grupa. Były raczej funkcje we wspólnocie niż, w pewnym sensie, przeciwstawne grupy czego przykładem była kościelna architektura z uwidocznionym, oddzielonym od reszty kościoła prezbiterium przeznaczonym dla kapłanów. Przecież już II Sobór Watykański ukazał, że świeccy bardziej powinni zaangażować się w życie Kościoła. Nie mogą być jedynie klientami czy widzami tego, co się dzieje podczas liturgii.

— Powstającej inicjatywie Opcja Benedykta na Mazurach ma przyświecać myśl: życie leczy się życiem…

— Tu chciałbym nawiązać to wspomnianych „relaksacyjnych” metod, które co prawda uśmierzają jakieś dolegliwości czy bóle, ale właściwie nie leczą. Nie mówię, że one nie są potrzebne i cenię je. Życie jednak leczy się życiem. Niektóre choroby są wynikiem życia. Aby z nią wygrać, trzeba zmienić swoje złe przyzwyczajenia czy nawyki, krótko mówiąc, po prostu swoje życie.

— Czy problem tkwi również w tym, że tak właściwie nie wchodzimy w swoje życie na sto procent? Ślizgamy się po powierzchni szczególnie w warstwie duchowej nie dotykając jego istoty. W filozofii powiedzielibyśmy, że nie sięgamy do esencji. Jakimi metodami czy środkami zamierzacie przywracać tę harmonię w Opcji Benedykta?

— Chcemy działać na wielu płaszczyznach, począwszy od zdrowego odżywiania się, sportu, higieny pracy, organizacji życia czy umiejętnej komunikacji. U podstaw będzie oczywiście wymiar duchowy, w którym chcemy, „Aby we wszystkim był uwielbiony Bóg”. Św. Benedykt troszczy się o to, by całe nasze życie było ukierunkowane na Boga i wszystko to, co czynimy, zwykłe obowiązki i praca, a także relacje z innymi, prowadziły nas do Boga. Ze względu na tę wielopłaszczyznowość potrzebna będzie współpraca z ekspertami świeckimi, którzy będą się znali na diecie czy niezbędnym dla zdrowia ruchu.

Skan strony z „Gazety Olsztyńskiej”

— Benedyktyni mają od kogo czerpać. Jest chociażby Hilegarda z Bingen, mniszka z XII wieku, która za pontyfikatu papieża Benedykta XVI otrzymała tytuł doktora Kościoła. Była kompozytorką, uzdrowicielką, zajmowała się filozofią przyrody. Jest autorką m.in. manuskryptu na temat leczenia naturalnego…

— Razem z panią Alfredą Walkowską prowadzę rekolekcje z postem wg św. Hildegardy. Jest ona znaną w Polsce praktykującą terapeutką medycyny Hildegardy. Trzeba jednak powiedzieć, że dzisiejsza medycyna wie o wiele więcej niż wspomniana średniowieczna uzdrowicielka. Dziś metod i diet jest o wiele więcej. Mamy chociażby dietę owocowo-warzywną pani Ewy Dąbrowskiej.

— W jaki sposób ośrodek będzie promieniował na region?

— Przede wszystkim będzie miejscem, gdzie na początek razem ze mną zamieszka kilka osób. Będziemy chcieli żyć rytmem benedyktyńskim wspólnie modląc się pracując i jedząc przy wspólnym stole w dialogu rozwiązując problemy. Będzie to otwarte miejsce na rekolekcje i różnego rodzaju duchowe warsztaty. Chcemy być otwarci również na tych, którzy potrzebują dłuższego odreagowania – miesiąca, dwóch czy nawet pół roku, aby nabrać sił i zdystansować się do złych przeżyć. Finalnie myślę o pustelni w lesie dla tych, którzy na kilka dni będą chcieli wyłączyć się ze zgiełku świata i spędzić czas bez telefonu komórkowego, Internetu i interesów. Mam nadzieję, że powstanie grupa sympatyków, która będzie nam towarzyszyła w regionie.

— Nie brakuje osób, które zraziły się do Kościoła. Powodów jest wiele. Może to być przykre doświadczenie czy uraz do konkretnej osoby.

— Chcemy być otwarci również na takich ludzi. Zarówno duchownych, jak i świeckich. Mam nadzieję, że uda nam się pomóc im na nowo odkryć Kościół, który stara się budować jedność wszystkich ludzi. Nie jest doktrynerski, potępiający czy moralizujący.

— Papież Franciszek powiedział, że Kościół powinien być dziś takim polowym szpitalem.

— Myślę, że to jest dobre porównanie.

— Z tego co wiem, miejsce pod ośrodek macie już na Mazurach upatrzone.

— Tak, chociaż jeszcze nie jest ono ostatecznie wybrane. Jako miejsce dla naszej inicjatywy, bierzemy pod uwagę jedną z wiosek w powiecie szczycieńskim. Pozyskujemy na ten cel środki. Już niebawem ruszymy ze swoją stroną internetową.

— Czy każdy może więc zostać mnichem?

— Jest takie stare, znane od wieków powiedzenie, że habit nie czyni człowieka mnichem. To jest głęboka prawda. Chciałbym, aby przyświecała nam idea monastycyzmu uwewnętrznionego, o której mówił Paul Evdokimov. Trzeba ją realizować. Duchowość benedyktyńska jest bardzo dobra również dla świeckich, także żyjących w rodzinach.

Tekst ukazał się 14 lutego 2020 r. w „Gazecie Olsztyńskiej”. Rozmawiał Wojciech Kosiewicz.

Zespół Fundacji
guest
0 Komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments