Włodzimierz Zatorski OSB
25.05.2021

Monastycyzm uwewnętrzniony. Szkoła służby Pańskiej dla każdego

Wstęp

Regułę św. Benedykta, którą napisał on dla mnichów, otwiera Prolog – rodzaj wprowadzenia, a jednocześnie adresu, w którym określa, do kogo pisze tę regułę. Ciekawe jest to, że w Prologu właściwie ani razu nie pada słowo „mnich”, czy jakiekolwiek określenie jednoznacznie z tym powołaniem związane. Na sam koniec Prologu pojawia się jedynie jako wniosek postulat: „Mamy zatem założyć szkołę służby Pańskiej” (RegBen Prol 45). Ten postulat można jednak bardzo łatwo odnieść nie tylko do życia klasztornego, ale także do innych rodzajów życia jak np. życie w rodzinie.

Zasadniczo koncepcja życia monastycznego wyrasta z pragnienia konsekwentnego bycia uczniem Chrystusa. Tak było od samego początku. Joseph kard. Ratzinger pisał:

U Antoniego, będącego dla nas historycznie uchwytną postacią z początków monastycyzmu, decydującym motywem była intencja prowadzenia „vita evangelica” – intencja życia Ewangelią w jej integralności, z całym radykalizmem1.

Nieco dalej o św. Bazylim pisze:

Nie chciał on absolutnie stwarzać swojej własnej instytucji obok normalnego Kościoła. Pierwsza autentyczna reguła, jaką napisał, miała być – jak to sformułował von Balthasar – regułą nie zakonu, ale Kościoła, <Podręcznik konsekwentnych chrześcijan>2

W Ewangelii niewątpliwie Pan Jezus wyraźnie sprawę królestwa Bożego stawia jako zasadniczą w swoim orędziu. Wszystkich wzywa do szukania już tutaj tego królestwa: Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane (Mt 6,33). Wydaje się, że na podstawie tych słów uznano życie zakonne, które uważa się za wybór królestwa Bożego z jednoczesnym odrzuceniem świata z jego ziemskimi wartościami, za wyższe od życia świeckiego mocno zaangażowanego w ten świat. Ale to oczywiście jest uproszczenie. Śluby zakonne formalnie są deklaracją postawienia na królestwo Boże już tu na ziemi z odrzuceniem świata. Ale czy rzeczywiście tak jest? Niestety w życiu wielu osób zakonnych dzisiaj tego nie widać.

Niewątpliwie wybór Chrystusa i całkowite postawienie na Niego jest tym, o co chodzi Panu Jezusowi i w tym sensie jest życiem prowadzącym do pełni, a zatroskanie o sprawy doczesne, choćby należały one do najlepszych z możliwych tu na ziemi, prowadzi do śmierci.

Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: «Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! 35 Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. 36 Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić? 37 Bo cóż może dać człowiek w zamian za swoją duszę? (Mk 8,34–37)

Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem (Łk 14,33).

Każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci, siostry, ojca, matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne posiądzie na własność (Mt 19,29).

Takich i podobnych cytatów można przytoczyć z Nowego Testamentu bardzo dużo. Jednak wybór wskazany w tych tekstach dokonuje się bardzo głęboko w sercu człowieka i zawsze jako odpowiedź na Boże wezwanie. Oczywiście o wiele łatwiej realizować to w życiu zakonnym, bez obowiązków związanych z innymi osobami, z troską o utrzymanie domu itd. Tutaj ma zastosowanie rada Pana Jezusa:

Rzekli Mu uczniowie: Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić. Lecz On im odpowiedział: Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, którym to jest dane. Bo są niezdatni do małżeństwa, którzy z łona matki takimi się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili; a są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni. Kto może pojąć, niech pojmuje! (Mt 19,10–12).

Jednak czy taki wybór rzeczywiście się dokonał i stał się prawdą w życiu osoby zakonnej, trudno powiedzieć. Istnieje przecież szereg innych możliwości i motywów pójścia do klasztoru: ucieczka od trudności w życiu samotnym lub małżeńskim; realizacja własnych ambicji bycia doskonałym; szukanie schronienia dla siebie w całkowitym poddaniu się komuś, kto bierze za mnie odpowiedzialność; czyjaś namowa; lęk o własne zbawienie przy jednoczesnym przekonaniu, że w klasztorze się można łatwiej zbawić, itp. Można mieć obawę, że dzisiaj w życiu zakonnym istnieją wyraźne problemy związane z autentyczną motywacją. Ale ponadto pojawiają się fałszywe struktury wynikające z powiązań między ludźmi działające w zakonach, jak również w całym Kościele, które raczej utrudniają dojście do dojrzałości i odpowiedzialności niż w nim pomagają.

Okazuje się, że uniwersalizm zawarty w Prologu nie jest przypadkowy, ale konsekwentnie wyrasta z wcześniejszej tradycji. Jeżeli uwzględnimy przy tym, że w Kościele Wschodnim duchowość chrześcijańska to ni mniej, ni więcej, tylko duchowość wypracowana przez mnichów, to znaczenie monastycyzmu dla życia zwykłych chrześcijan jest bardzo istotne. Nie przypadkiem też zalecenia zawarte w dalszym ciągu Reguły św. Benedykta można stosunkowo łatwo odnieść do życia w rodzinie, a także do rozmaitych wspólnot. Wiele ze wskazań św. Benedykta można zastosować nawet np. do funkcjonowania firmy, czyli do grup dalekich od ambicji tworzenia wspólnot religijnych3 Święty Benedykt okazuje się dobrym przewodnikiem w życiu nie tylko dla mnichów, ale także dla wielu ludzi żyjących w różnych warunkach i wspólnotach.

„Koncepcja życia monastycznego wyrasta z pragnienia konsekwentnego bycia uczniem Chrystusa

Natomiast jeżeli mówimy o małżeństwie, to trzeba wiedzieć, że jest ono sakramentem, czyli znakiem który realizuje to, co oznacza, a oznacza więź Chrystusa i Kościoła, jak to pisze św. Paweł (Ef 5,32). Zatem chrześcijańscy małżonkowie są wezwani także do szukania przede wszystkim Chrystusa i jego miłości. Ich wzajemna więź jest jej znakiem i szkołą. Które jednak małżeństwo to tak rozumie?! Ponadto niewątpliwie, szczególnie na początku, gdy namiętności i różne inne napięcia pomiędzy małżonkami związane ze zwykłym życiem jeszcze grają dużą rolę, trudno o autentyczne odkrycie tej prawdy, o misterium miłości Chrystusa, która nas obejmuje. Wydaje się, że możliwe jest jednak takie wspólne przeżywanie tajemnicy małżeństwa, w którym ta tajemnica Chrystusa i Kościoła jest w sposób żywy obecna. W tej perspektywie droga życia małżeńskiego i droga życia zakonnego są różnymi drogami do królestwa Bożego, co prawda wykluczającymi się wzajemnie, ale równoprawnymi i pozwalającymi postawić wybór Chrystusa i Jego królestwa w centrum. Niemniej samotnemu, bezżennemu we wspólnocie podobnych osób jest łatwiej. Ale z tego nie wynika, że jego wybór jest „wyższy”. „Wyższy” jest jedynie o tyle, o ile jest postawieniem królestwa Bożego w centrum w przeciwieństwie do zagubionego w świecie zwykłego człowieka. Jednak człowiek w świecie też może dokonać takiego wyboru i wówczas nie ma żadnej wyższości, a ponadto dla niego taki wybór może być o wiele trudniejszy w realizacji i stąd bardziej godny uznania (!). Mówi o tym między innymi apoftegmat o Abba Antonim:

Abba Antoniemu na pustyni zostało objawione co następuje: „Jest w mieście ktoś podobny do ciebie: lekarz z zawodu, który rozdaje potrzebującym to, co mu zbywa, i przez cały dzień śpiewa «Święty-Święty-Święty» razem z aniołami” (1 Apo Antoni 24(24)).

Wynoszenie się osób konsekrowanych, przeświadczonych o wyższości swojego życia, jest wyraźnym dowodem, że prawdziwie nie postawili na królestwo Boże. Pan Jezus mówi o tym, że Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony (Mt 23,12). Ponadto mówi, że kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym (Mt 20,27). Te teksty są jednoznaczne i nie wymagają komentarza. Ponadto Matka Boża, Ta która jest wzorem życia zakonnego, żyła w świecie! Istotne jest to, czy na swojej drodze, jaką idziemy, prawdziwie szukamy Boga.

Pierwotny zamysł twórców monastycyzmu pozostaje stale aktualny, a dzisiaj w dobie kryzysu życia konsekrowanego wydaje się warty podjęcia. Co taki postulat oznaczałby dla świeckiego człowieka? Jakie postawy i zasady życia dałoby się wyprowadzić z tradycji monastycznej? Warto w związku z tym przyjrzeć się zasadniczej myśli, która leży u podstaw napisanej przez niego Reguły.

Czy prawdziwie szuka Boga

W tym kontekście pojawia się postulat „monastycyzmu uwewnętrznionego”, który polega na podjęciu wewnętrznie tego samego dążenia, jakie legło u podstaw życia monastycznego.

Święty Benedykt w Regule stawia kandydatom do życia monastycznego właściwie jeden warunek: „czy prawdziwie szuka Boga” (RegBen 58,7). Otóż to dążenie powinno stać się fundamentem życia. Święty Benedykt stosuje tę ogólną zasadę do życia w klasztorze. Czy jednak nie da się tego kryterium zastosować w życiu ludzi świeckich? Wydaje się, że jest to nie tylko możliwe, ale także bardzo owocne. Przede wszystkim pragnienie „prawdziwego szukania Boga” powinno być fundamentem życia każdego chrześcijanina, nie tylko osób mnichów. Musi ono, oczywiście, przyjąć bardzo konkretny kształt.

Dzisiaj modna jest postawa „szukającego”. Niestety często takie określenie oznacza człowieka, który ciągle problematyzuje sprawę relacji do Boga i w tej problematyzacji znajduje dla siebie usprawiedliwienie w swojej niewierze, w braku zdecydowanego pójścia za Chrystusem. Szukanie Boga u św. Benedykta oznacza zdecydowanie się na pójście za Chrystusem i otrzymuje bardzo konkretny kształt. Zaraz w dalszej części zdania wskazuje on na konkretne postawy, w których to szukanie Boga się przejawia: „czy jest gorliwy w Służbie Bożej, w posłuszeństwie, w znoszeniu upokorzeń” (RegBen 58,7). Te wskazania układają się w pewien porządek coraz to głębszych wezwań i wymagań.

Pierwszym wyznacznikiem jest służba Boża, co oznacza liturgię, a w Regule w szczególności liturgię godzin, gdyż Eucharystię mnisi sprawowali tylko w niedzielę raz w tygodniu. Autentyczne szukanie Boga może się odbywać jedynie w przestrzeni, którą nam dał sam Bóg. Liturgia jest właśnie czasem, w którym daje się nam On w sposób szczególny:

Wierzymy, że Bóg jest wszędzie obecny i że oczy Pana patrzą na dobrych i na złych na każdym miejscu (Prz 15,3). Przede wszystkim jednak powinniśmy być tego niewzruszenie pewni wówczas, gdy uczestniczymy w Służbie Bożej (RegBen 19,1n).

Wynika to ze słów samego Pana Jezusa:

Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od mojego Ojca, który jest w niebie. 20 Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich (Mt 18,19–20).

Zauważmy, że św. Benedykt nie mówi, że Bóg jest szczególnie obecny w modlitwie indywidualnej, w medytacji, w uczynkach miłosiernych, w ascezie…, ale w liturgii. Dlaczego? Wydaje się, że dlatego, iż liturgia zawiera w sobie tajemnicę Kościoła, Ciała Chrystusa. Ten wymiar jest niestety dla wielu ludzi dzisiaj niezrozumiały. Niemniej Drugi Sobór Watykański wyraźnie w tym samym duchu mówi:

Liturgia jednak jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i jednocześnie jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc (KL 10).

Liturgia bowiem jest pierwszym i niezastąpionym źródłem, z którego wierni czerpią ducha prawdziwie chrześcijańskiego (KL 14).

Nasza religijność w pewnym momencie historii została w wymiarze indywidualnej świadomości przeciętnego wierzącego sprowadzona do wymiaru moralnego, a przez to do indywidualnego zbawiania się przez własne czyny, czyli właściwie do koncepcji jaką mieli faryzeusze: miała ich zbawić ich własna doskonałość. W przypadku chrześcijan różnica polegała na tym, że dokonywało się to przez Chrystusa, który otwarł nam drzwi do nieba i przekazał nam doskonalszą moralność. Jednak w praktyce u podstaw był ten sam lęk o indywidualne zbawienie przez własną porządność. Liturgia w tym kontekście była rozumiana jako formalnie sprawowany kult Boga, w którym każdy chrześcijanin miał z obowiązku moralnego brać udział. Jednak z tej racji, że zwykli chrześcijanie nie znali łaciny – a liturgia była wyłącznie po łacinie – mogli oni być jedynie widzami w liturgii i to okrojonej do mszy św. – właściwie nie używało się pojęcia Eucharystia. Nawet do czasu Drugiego Soboru Watykańskiego w przykazaniu kościelnym używano określenia: „wysłuchiwania” mszy św., a nie udziału w niej. Takie rozumienie liturgii nie niosło w sobie żadnego odniesienia do wspólnoty, wspólnego celebrowania, czy np. uczty, w której bierze udział cała wspólnota Kościoła. Właściwie wszystko zostało sprowadzone do moralności i z tej też racji nawet dostęp do komunii był wyraźnie ograniczany z obawy o to, by ktoś „niegodny” nie sprofanował Ciała Pańskiego. I tak np. nawet tak pobożne kobiety, jak św. Teresa z Lisieux mogły jedynie marzyć o codziennej komunii bez uzyskania na nią zgody (!).

W tradycji monastycznej liturgia godzin, czyli wspólne recytowanie lub śpiewanie psalmów i hymnów poza oddawaniem czci Bogu było ćwiczeniem, w którym mnich uczył się dialogu z Bogiem i jego języka. Cały swój wysiłek podczas recytacji psalmów powinien koncentrować wokół otwarcia serca:

Zastanówmy się zatem, jak należy zachowywać się w obliczu Boga i Jego aniołów, i tak śpiewajmy psalmy, aby nasze serce było w zgodzie z tym, co głoszą nasze usta (RegBen 19,6).

Wspólnota monastyczna jest wpierw i przede wszystkim „małym Kościołem”, który gromadzi się wokół liturgii, czyli celebrowania Bożej chwały. Wszystko inne powinno z tej chwały wyrastać i ku niej prowadzić.

Jeżeli spojrzymy na małżeństwo, to w chrześcijaństwie jest ono sakramentem, czyli znakiem i narzędziem zjednoczenia z Bogiem. U źródeł chrześcijańskiego przeżywania małżeństwa powinno istnieć zatem odniesienie do Boga i wspólne szukanie Jego misterium obecnego w życiu małżonków. Święty Paweł w 5. rozdziale Listu do Efezjan wyraźnie wzywa do czci Pana Jezusa: Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa! (Ef 5,20). Dalej mówi: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła (Ef 5,31n). Nawiązuje w ten sposób do starotestamentowego obrazu więzi Boga-Oblubieńca z Izraelem-Oblubienicą odnosząc ten obraz do Chrystusa-Oblubieńca i Kościoła-Oblubienicy. Samo małżeństwo zawiera w sobie wielkie wezwanie do wspólnej liturgii i w niej powinno odnajdować swoją tożsamość.

Pewnie taki wniosek wyda się dziwny, bo praktycznie rzecz biorąc prawie nikt tego tak nie rozumie i, co najważniejsze, nie korzysta z tego w swoim życiu. Oczywiście małżonkowie zatroskani o utrzymanie rodziny nie mogą się modlić tak często jak mnisi w klasztorze. Ale nie znaczy to, że nie mogą tego robić przynajmniej w minimalnym wymiarze. Wydaje się, że Liturgiczna Modlitwa na Zakończenie Dnia (Kompleta) jest doskonałą modlitwą małżeńską i rodzinną, którą większość małżeństw mogłaby wspólnie odmawiać, gdyby odpowiednio ułożyli sobie dzień. Natomiast małżonkowie, którzy wypełnili swoje podstawowe obowiązki rodziców, po przejściu na emeryturę mogą mieć dostatecznie dużo czasu, żeby wspólnie odmawiać całą Liturgię Godzin. Istnieją takie małżeństwa, które to robią.

Nie piszemy tego w duchu wezwania moralnego. Zwracamy uwagę na fundamentalną prawdę odnoszącą się do życia we wszystkich jego wymiarach: jeżeli nie będziemy się właściwie karmili, umrzemy z głodu. W wymiarze duchowym i życia we wspólnocie konieczne jest sięganie do samych źródeł – do Boga i Jego słowa. Liturgia Godzin, jeżeli patrzymy na nią od strony człowieka, jest rozłożonym w czasie karmieniem się Bożym słowem. Kiedy ją systematycznie odmawiamy we wspólnocie, Boże słowo wchodzi do naszego serca i powoli staje się naszym życiem. W Prologu do Reguły św. Benedykt wzywa, byśmy dali się porwać Bożemu słowu i jego głębi. Przy czym samo wezwanie, wręcz gorący apel, rodzi się z osobistego doświadczenia liturgii. Ułożone jest ono w dialog, w którym Boże wezwanie stanowią wersety z Pisma Świętego używane w liturgii, przede wszystkim psalmy. W ten sposób odsłania się zasadniczy cel i perspektywę duchowej pracy:

Powstańmy więc wreszcie, skoro Pismo Święte zachęca nas słowami: Teraz nadeszła dla nas godzina powstania ze snu (Rz 13,11). Otwórzmy nasze oczy na przebóstwiające światło, a nasze uszy na głos Boży, który nas codziennie napomina wołając: Obyście usłyszeli dzisiaj głos Jego: nie zatwardzajcie serc waszych (Ps 96,8). I znowu: Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów (Ap 2,7). A co mówi? Pójdźcie, synowie, słuchajcie mnie, nauczę was bojaźni Pańskiej. Biegnijcie, dopóki macie światłość życia, aby ciemności śmierci was nie ogarnęły (Ps 34[33],12; J 12,35)”. „Pośród licznego tłumu, któremu Pan mówi te słowa, szuka On sobie współpracownika i raz jeszcze powtarza: Któż jest człowiekiem, co miłuje życie i pragnie widzieć dni szczęśliwe? (Ps 33,13 Wlg). Jeśli słysząc to, odpowiesz: “Ja”, rzecze ci Bóg: Skoro chcesz mieć prawdziwe i wieczne życie, powściągnij swój język od złego, od słów podstępnych twe wargi. Odstąp od złego, czyń dobro; szukaj pokoju, idź za nim (Ps 34[33],14–15). Gdy tak będziecie postępować, oczy Moje zwrócone będą na was, a uszy moje otwarte na prośby wasze. I zanim mnie wezwiecie, powiem: «Oto jestem» (Iz 58,9). Cóż dla nas milszego, bracia najdrożsi, nad ten Boży głos zaproszenia? Oto w swej łaskawości Pan sam ukazuje nam drogę życia (RegBen Prol 8–20).

Liturgia jest tutaj zasadniczą praktyką duchową: Dać się porwać Słowu Bożemu i jego głębi! Cytaty z Biblii w tym fragmencie zasadniczo pochodzą z psalmów codziennie recytowanych w chórze przez mnichów. Serce, które ma iść za tym, co głoszą usta, powinno być wsłuchane w głos Boga, by na ten głos odpowiedzieć. Podobne wezwanie znajdujemy u św. Pawła w jego nauce o zasadach życia we wspólnocie uczniów Chrystusa:

Słowo Chrystusa niech w was mieszka w całym swym bogactwie: z całą mądrością nauczajcie i napominajcie siebie, psalmami, hymnami, pieśniami pełnymi ducha, pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach. (Kol 3,16; zob. Ef 5,19)

Przytoczony fragment z Reguły św. Benedykta nie tylko jest wezwaniem, ale stanowi jednocześnie świadectwo wewnętrznego dialogu, do jakiego prowadzi autentyczne przeżywanie Liturgii Godzin. W nim dokonuje się odkrycie prawdziwego „ja”, którym nas Bóg obdarował, „ja” które budzi się jako odpowiedź na Jego wezwanie.

Św. Benedykt omawiając potem porządek odmawiania tekstów w poszczególnych godzinach kanonicznych pisze np.:

Zarówno Jutrznia jak i Nieszpory powinny kończyć się zawsze Modlitwą Pańską, odmawianą w całości przez przełożonego tak, by wszyscy słyszeli, a to ze względu na ciernie wzajemnych uraz , które bardzo często wyrastają. 13 Bracia bowiem łatwiej oczyszczają się z tego rodzaju błędów, kiedy zobowiązują się wspólnie słowami tej modlitwy: Odpuść nam, jako i my odpuszczamy (Mt 6,12) (RegBen 13,12–13).

Widać stąd, jak słowa wypowiadane podczas liturgii, niosą dla nas bardzo konkretne wezwanie od Boga, które winniśmy codziennie przyjmować i na nie odpowiadać.

„Jeżeli nie będziemy się właściwie karmili, umrzemy z głodu”

Zauważmy, że Liturgia Godzin tak rozumiana, ma przypominać w pewnym aspekcie lectio divina – Boże czytanie, którego istotą jest wsłuchanie się w Boże Słowo po to, by ono zabrzmiało w naszym sercu i byśmy na nie odpowiedzieli wpierw naszym zrozumieniem, a następnie przemianą serca wyrażającą się przemianą naszej postawy. Jednak poza tym ma ona funkcję jednoczenia nas z Chrystusem i z sobą nawzajem we wspólnym uwielbieniu Boga – źródła i dawcy życia.

Drugie kryterium rozpoznawcze, czy prawdziwie szuka Boga, odnosi się do posłuszeństwa. Jego pierwszym stopniem jest prawdziwe słuchanie Boga w Jego słowie. W liturgii takie słuchanie uzyskuje szczególną moc. Musi się jednak ono wyrazić, zgodnie z przytoczonym dialogiem, osobistą odpowiedzią. Jeżeli autentycznie słuchamy, zaczynamy słyszeć bardzo osobiste wezwanie, które się domaga naszej odpowiedzi. Największą przeszkodą, aby taką odpowiedź dać, jest lęk przed utratą czegoś własnego. W Ewangelii Pan Jezus powiedział bardzo zdecydowanie w przytoczonych już wyżej słowach:

Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić? (Mk 8,35n).

Jeżeli prawdziwie szukamy Boga, musimy się zmierzyć z tym lękiem i zdecydować się, czy pójdziemy za własnymi chęciami, czy rozpoznając w nich zasadniczą przeszkodę w drodze do Boga, otworzymy się na posłuszeństwo. Na początku Prologu do Reguły św. Benedykt pisze o tym wyraźnie:

Do ciebie więc kieruję teraz moje słowa, kimkolwiek jesteś ty, co wyrzekasz się własnych chęci, a chcąc służyć pod rozkazami Chrystusa Pana, prawdziwego Króla, przywdziewasz potężną i świętą zbroję posłuszeństwa (RegBen Prol 3).

Posłuszeństwo jest wysiłkiem wsłuchiwania się w Bożą wolę. Jak ją jednak odnaleźć i rozpoznać? Nie jest to łatwe. Wobec istniejącego w nas ogromnego chaosu myśli i napięć niełatwo rozpoznać to, co pochodzi od Boga, a co od nas i naszych pragnień. Posłuszeństwo drugiemu człowiekowi staje się narzędziem do zdystansowania się do własnej woli, która zasadniczo zaburza zdolność poznania prawdy.

Aby zrozumieć sens posłuszeństwa trzeba sobie zdać sprawę z ogromnej siły naszych pragnień i ich wpływu na nasze poznanie. Najczęściej jednak brak nam takiego rozeznania. Spontanicznie uważamy, że mamy dobrą wolę i nawet, gdybyśmy się mylili, to przecież nasza dobra wola nas rozgrzesza (podejście molarne). Pomijając już fakt, że nawet mając „dobrą wolę” można popełnić największe grzechy, nasza „dobra wola” często jest sterowana nieuświadomionymi pożądaniami i mechanizmami obronnymi. Musimy to w sobie rozpoznać, abyśmy wiedzieli, kim naprawdę jesteśmy. Dopóki nasze pragnienia kierują myśleniem – powszechnie doświadczamy u wielu ludzi myślenia sterowanego życzeniami – brak nam właściwego dystansu do własnej subiektywności, aby zobaczyć prawdę w czystym, nieskalanym świetle. Posłuszeństwo jest najmocniejszym narzędziem uwalniania się od własnych chęci.

Czynić własną wolę zabrania nam Pismo Święte słowami: Powstrzymaj się od twoich pożądań (Syr 18,30). Podobnie też prosimy Boga w modlitwie, by Jego wola w nas się wypełniała. Słusznie nas zatem uczą, byśmy nie czynili naszej woli. W ten sposób unikamy tego niebezpieczeństwa, o którym mówi Pismo Święte: Jest droga, co zdaje się słuszna, a w końcu prowadzi do śmierci (Prz 16,25). Lękamy się również tego, co zostało powiedziane o niedbałych: Zepsuci są i stali się wstrętni w swoich chęciach (Ps 52,2 Wlg) (RegBen 7,19–22).

W życiu klasztornym posłuszeństwo obowiązuje wobec przełożonych. W życiu rodzinnym mówi się o posłuszeństwie dzieci względem rodziców. Ale nie mówi się o posłuszeństwie samych rodziców. Komu oni winni być posłuszni? Święty Benedykt w jednym z końcowych rozdziałów swojej Reguły pisze o posłuszeństwie wzajemnym wśród braci:

Wszyscy powinni okazywać posłuszeństwo, które jest wielkim dobrem, nie tylko samemu opatowi, lecz w tymże duchu bracia niechaj będą posłuszni także sobie nawzajem wiedząc, że właśnie drogą posłuszeństwa mają iść do Boga (RegBen 71,1–2).

Tak mocno podkreślana potrzeba posłuszeństwa wynika ze zrozumienia tajemnicy nieprawości w nas. W tym momencie warto sobie przypomnieć słowa św. Pawła z Listu do Rzymian:

Wiemy przecież, że Prawo jest duchowe. A ja jestem cielesny, zaprzedany w niewolę grzechu. 15 Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię. 16 Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, to tym samym przyznaję Prawu, że jest dobre. 17 A zatem już nie ja to czynię, ale mieszkający we mnie grzech. 18 Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. 19 Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię właśnie zło, którego nie chcę. 20 Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. 21 A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. 22 Albowiem wewnętrzny człowiek we mnie ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. 23 W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i bierze mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. 24 Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku tej śmierci? 25 Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! Tak więc umysłem służę Prawu Bożemu, ciałem zaś – prawu grzechu (Rz 7,14–25).

Jednak tajemnica nieprawości w nas nie sprowadza się jedynie do niezdolności czynienia dobra, które widzimy i chcielibyśmy je podejmować, ale niesie ona w sobie ciemność – niezdolność rozpoznania prawdziwej wartości, czego św. Paweł sam doświadczył, gdy jako Szaweł będąc gorliwym młodzieńcem prześladował Kościół. Sam o tym potem powiedział:

Słyszeliście przecież o moim postępowaniu ongiś, gdy jeszcze wyznawałem judaizm, jak z niezwykłą gorliwością zwalczałem Kościół Boży i usiłowałem go zniszczyć, 14 jak w żarliwości dla judaizmu przewyższałem wielu moich rówieśników z mego narodu, jak byłem szczególnie wielkim zapaleńcem w zachowywaniu tradycji moich przodków (Ga 1,13–14).

Aby się z tej ciemności, którą Szaweł uważał przecież za jasność, wyzwolić, trzeba było doświadczenia spotkania z Jezusem pod Damaszkiem.

Gdy jednak spodobało się Temu, który wybrał mnie jeszcze w łonie matki mojej i powołał łaską swoją, 16 aby objawić Syna swego we mnie, bym Ewangelię o Nim głosił poganom (Ga 1,15–16).

Jak widać prawda nie jest nam dana od samego początku jako coś oczywistego. Nawet trzymając się „świętej tradycji”, jak to było w przypadku św. Pawła, nie mamy żadnej gwarancji, że idziemy właściwą drogą, bo ta tradycja musi mieć właściwe zrozumienie wyrażające się aktualnym odczytaniem. Spory Pana Jezusa z Żydami polegały właśnie na sposobie rozumienia i interpretacji Prawa i Proroków. Prawda do nas przy­chodzi od Jezusa:

Jeżeli trwacie w nauce mojej, jesteście prawdziwie moimi uczniami 32 i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (J 8,31–32).

Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. 7 Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście (J 14,6–7).

Trwanie w Jego nauce nie oznacza przyjęcia Jego usystematyzowanej i zwerbalizowanej doktryny, ale otwieranie się na głębię słowa, jakie do nas kieruje. Jego prawda ma po pierwsze wymiar egzystencjalny, a ponadto nas całkowicie przerasta i wymaga zrozumienia, jakiego dzisiaj nie mamy. Dlatego potem Pan Jezus mówi:

Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. 24 Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca. 25 To wam powiedziałem, przebywając wśród was. 26 A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem (J 14,23–26).

Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. 14 On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. (J 16,13–14)

W prawdę wprowadza nas Duch Święty nie przez sprecyzowaną intelektualnie i filozoficzne doktrynę, ale przez życie w miłości, która nie sprowadza się do uczucia, ale jest odpowiedzią na objawioną nam przez Jezusa prawdę o Bogu, który jest miłością, który tak nas umiłował, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,16). Poznanie tej prawdy polega na wejściu w miłość:

Umiłowani, miłujmy się wzajemnie,
ponieważ miłość jest z Boga,
a każdy, kto miłuje,
narodził się z Boga i zna Boga.
8 Kto nie miłuje, nie zna Boga,
bo Bóg jest miłością (1 J 4,7–8).

W istocie zatem zasadniczy problem polega na tym, żebyśmy pozwolili się prowadzić Duchowi Świętemu, umieli przyjąć Jego natchnienia, które musimy nauczyć się rozpoznawać i według nich postępować. Aby do tego doszło musimy wpierw uwolnić się od naszego zniewolenia zaborczym „ja”, od naszego ego, które dąży do zrealizowania pragnień i namiętności, jakie rozpoznaje na świecie, czyli w społeczności ludzkiej i istniejących w niej relacjach. Tym światem rządzą namiętności: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia (1 J 2,16).

Bez zdystansowania się do tych namiętności, co możemy uzyskać jedynie przez poznanie ich i wybór czegoś innego, niż nam one podpowiadają. Stąd zasada posłuszeństwa innym ludziom jest narzędziem w pracy nad uwalnianiem się od własnych chęci i upodobań.

Taki duch posłuszeństwa jest bardzo aktualny w życiu małżeńskim. W sprawach duchowych właściwie każdy chrześcijanin powinien mieć swojego kierownika duchowego i w zakresie spraw duchowych być mu posłuszny. Istotna przy tym jest zasada wolności wyboru tego kierownika. Wydaje się, że św. Benedykt akcentując wielką wartość posłuszeństwa nie widział zagrożenia. Prawdopodobnie zakładał, że opat lub inny brat nie manipuluje drugim, że ich polecenia czy życzenia są ze swej natury proste i nie zawierają ukrytych intencji. Niestety istnieje wiele przykładów w historii religii, gdzie prostota i posłuszeństwo zostały wykorzystane do manipulacji i ostatecznie zniszczenia człowieka. Pan Jezus ostrzegał przed tym w Ewangelii:

Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą.

15 Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo przemierzacie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę. A gdy się nim stanie, czynicie go dwakroć bardziej winnym piekła niż wy sami.

16 Biada wam, przewodnicy ślepi, którzy mówicie: „Kto by przysiągł na przybytek, nic to nie znaczy; lecz kto by przysiągł na złoto przybytku, ten jest związany przysięgą”. 17 Głupi i ślepi! Cóż bowiem jest ważniejsze, złoto czy przybytek, który uświęca złoto? 18 Dalej: „Kto by przysiągł na ołtarz, nic to nie znaczy; lecz kto by przysiągł na ofiarę, która jest na nim, ten jest związany przysięgą”. 19 Ślepcy! Cóż bowiem jest ważniejsze, ofiara czy ołtarz, który uświęca ofiarę? 20 Kto więc przysięga na ołtarz, przysięga na niego i na wszystko, co na nim leży. 21 A kto przysięga na przybytek, przysięga na niego i na Tego, który w nim mieszka. 22 A kto przysięga na niebo, przysięga na tron Boży i na Tego, który na nim zasiada.

23 Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz zaniedbaliście to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie zaniedbywać. 24 Ślepi przewodnicy, którzy przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda!

25 Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są zdzierstwa i niepowściągliwości. 26 Faryzeuszu ślepy! Oczyść wpierw wnętrze kubka, żeby i zewnętrzna jego strona stała się czysta.

27 Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa. 28 Tak i wy z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości (Mt 23,13–28).

Wobec człowieka nasze posłuszeństwo nie może być bezwzględne. Ostatecznie instancją rozstrzygającą jest nasze sumienie i ono stanowi granicę posłuszeństwa drugiemu człowiekowi. Zresztą jest ono wpisane w samą ideę posłuszeństwa przez to, że jest ono skierowane do Boga, a drugi człowiek jest jedynie pośrednikiem. Dlatego prawdziwe posłuszeństwo musi przechodzić przez sumienie. Jak uczy nas Kościół, nie możemy czynić nic, co byłoby sprzeczne z głosem naszego sumienia.

Z drugiej jednak strony odwoływanie się do sumienia bywa wykorzystywane do realizowania własnych chęci. Nie da się problemu rozwiązać za pomocą formalnych zasad. Nasze fałszywe „ja” potrafi w niesamowity sposób manipulować naszymi pragnieniami i myślami aż do wmówienia nam, że coś pochodzi z sumienia. Posłuszeństwo oznacza podjęcie walki z fałszywym „ja” w nas. Jest to proces nie tylko bolesny, ale właściwie to walka na śmierć i życie. Dlatego jedynie ten, kto jest wytrwały „w znoszeniu upokorzeń”, jest w stanie wejść na drogę przemiany, metanoi. Znoszenie upokorzeń jest oznaką prawdziwego zdecydowania, aby się nie bronić, aby nie szukać dla siebie usprawiedliwienia i swoich racji. Chęć obrony siebie jest w nas ogromną siłą, która blokuje nam dojście do prawdy. Dlatego, aby wejść na drogę prawdy, potrzeba determinacji, w której najtrudniejsza jest rezygnacja ze swoich racji i obrony siebie.

W tradycji Ojców Pustyni pokora było najlepszym sprawdzianem rozpoznania autentycznej wielkości człowieka. Jeżeli komuś jej brakowało, oznaczało to, że jeszcze mu daleko do doskonałości. Człowiek autentycznie pokorny potrafi cierpliwie znosić upokorzenia.

Zdolność do przyjęcia upokorzeń bez zbaczania z drogi prawdy jest jednym z wymiarów pokory, która polega na zdolności do przyjęcia prawdy w jej egzystencjalnym wymiarze. Pokora jest najlepszym kryterium rozpoznania autentycznej wielkości człowieka. Jeżeli brakuje nam pokory, dzięki której potrafimy przyjąć upokorzenia, oznacza to, że jeszcze dużo nam brakuje do doskonałości. Swoistym wzorem pokory jest Hiob, który po stracie całej posiadłości, jaką miał powiedział:

Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione! (Hi 1,21).

A na końcu jeszcze naznaczony chorobą powiedział:

Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy? (Hi 2,10)

Pokora jest otwartością na Boga w Jego najgłębszej prawdzie. Bez niej nie możemy prawdziwie zbliżyć się do Niego. Krzyż odsłania przed nami prawdę o tym, że to Bóg jest pokorny, pokorny w swojej miłości do nas. On w swoim Synu przyjął na siebie fałszywe oskarżenie i jego konsekwencje nie protestując:

Dręczono go, lecz sam pozwolił się gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak on nie otworzył ust swoich (Iz 53,7).

Jak potem napisał św. Paweł w Hymnie o kenozie:

Uniżył samego siebie,
stając się posłusznym aż do śmierci –
i to śmierci krzyżowej.
9 Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył
i darował Mu imię
ponad wszelkie imię,
10 aby na imię Jezusa
zgięło się każde kolano
istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych.
11 I aby wszelki język wyznał,
że Jezus Chrystus jest Panem –
ku chwale Boga Ojca (Flp 2,8–11).

Na krzyżu objawiła się absolutnie czysta, bezinteresowna i pokorna miłość Boga do nas. I to ona właśnie powaliła na kolana wszystkie istoty niebieskie, ziemskie i podziemne.

„Człowiek autentycznie pokorny potrafi cierpliwie znosić upokorzenia”

Jak pycha szatańska jest największą nieprawością, tak pokorna miłość Boga jest Jego istotą i fundamentem istnienia i życia, jakie On stworzył. Dlatego też pokora została przez Ojców Pustyni uznania za najbardziej wiarygodny wskaźnik głębi duchowej człowieka.

„Nie ma pokory bez upokorzenia” – mówi stara dewiza, czyli nie możemy się nauczyć pokory bez przyjmowania upokorzeń. Stąd św. Benedykt znoszenie upokorzeń wskazuje jako najgłębsze kryterium autentycznego szukania Boga.

Załóżmy „szkołę służby Pańskiej”

Wymienione postawy stanowią najlepsze kryteria rozpoznawcze autentycznego szukania Boga, czyli rozpoznania wewnętrznego zdecydowania się na pójście za Chrystusem. Trzeba jednak pamiętać, że we wspomnianym dialogu z Prologu do Reguły św. Benedykt pyta wpierw o zasadnicze dążenie serca, jakie powinno być u podstaw całego wysiłku duchowego: Któż jest człowiekiem, co miłuje życie i pragnie widzieć dni szczęśliwe? (RegBen Prol 15 – cytat z Ps 33,13 Wlg). Autentyczny wysiłek duchowy może wyrastać jedynie z pragnienia pełni życia. Dopiero z niego wyrasta zdecydowane szukanie Boga – źródła życia, a to zdecydowanie z kolei staje się podstawą właściwego uporządkowania własnego życia, które zawiera się w idei założenia „szkoły służby Pańskiej” (zob. RegBen Prol 45).

„Miłość życia” jest podstawą wszelkiego dialogu z Bogiem. Od niej się wszystko rozpoczyna. Znowu wydaje się, że jest to banalna prawda. Któż nie chciałby żyć?! Każdy tego pragnie! Tak się przynajmniej wydaje w przypadku człowieka wolnego od poważnych zaburzeń psychicznych. Ale znowu nie jest to takie oczywiste, gdy przeanalizujemy nasze prawdziwe wybory. Jeżeli się zastanowimy, na przykład, co jest powodem kłótni między ludźmi, to łatwo zauważyć, że wynikają one z upartego trzymania się „swoich racji”. Sytuacja wygląda szczególnie dramatycznie, gdy zdarza się to w życiu rodzinnym. Rodzina jest wspólnotą życia. Jej członkowie żyją ze sobą na co dzień. Jakość ich życia zależy od wzajemnych relacji. Im te relacje są bardziej otwarte, pełne miłości, tym życie jest pełniejsze i szczęśliwsze. I odwrotnie, im więcej nieporozumień i wzajemnych niechęci, tym życie jest trudniejsze do zniesienia, a czasem, gdy istnieje wzajemna nienawiść, wręcz staje się koszmarem.

Czy żyjący w rodzinie rzeczywiście „miłują życie i pragną dni, by zażywać szczęścia”, gdy trwają uparcie we wzajemnych urazach? Pewnie każdy z nich powie, że pragnie pełni życia, ale to drugi jest winien. Prawda zazwyczaj leży pośrodku, a to znaczy, że trzeba jej szukać przez zrozumienie drugiego i rozpoznanie, na czym polega nieporozumienie. Jeżeli jednak upierają się przy swoim, nie widać, aby szukali prawdy i porozumienia i jedności. Okazuje się zatem, że nie pragnienie życia jest dla nich najważniejsze. A zatem co? Własne racje, poczucie własnej sprawiedliwości, niewinności. Zasadnicza argumentacja uzasadniająca niechęć, czy „słuszny gniew” na drugiego opiera się na przekonaniu, że „on jest winny, a ja niewinny”. A przecież człowiek trzymając się swojego „słusznego gniewu” zaprzepaszcza w sobie i w drugim szansę na radość życia. Dlaczego tego nie widzi i nie obudzi się i nie powie sobie: „przecież życie jest czymś ważniejszym i o wiele głębszym od racji. Szukajmy życia, a nie swojej niewinności, potwierdzenia własnej wartości, racji…”

Autentyczny wysiłek duchowy może wyrastać jedynie z pragnienia pełni życia

W Regule św. Benedykta pragnienie życia zostało przełożone na konkretny program, na takie ułożenie życia, aby wszystkie czynności były ukierunkowane na spotkanie z Bogiem. Tę myśl wyraża hasło: „Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony” (RegBen 57,9), które Święty napisał mówiąc o zupełnie prozaicznym zajęciu, jakim jest sprzedaż własnych produktów. Zazwyczaj kojarzy się benedyktynów z innym hasłem: „módl się i pracuj”. Nie znajdujemy go w Regule. Powstało ono jako streszczenie idei życia w harmonii pomiędzy modlitwą i pracą, jaką znajdujemy w Regule. Harmonia nie ogranicza się jedynie do tych dwóch wymiarów. Świętemu Benedyktowi zależy na harmonii całości życia, które poza pracą i modlitwą obejmuje czas odpoczynku, lekturę, kontakty międzyosobowe, posiłki itd. Dlatego jego własne hasło „Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony” lepiej oddaje jego zamysł.

Zauważmy, że taką harmonię można, a nawet trzeba, realizować niezależnie od rodzaju powołania. Nie trzeba być mnichem, aby czcić Boga we wszystkich wymiarach życia. Takie uwielbienie oddaje Bogu matka, które pielęgnuje swoje dziecko, ojciec, który nawet ciężko pracuje, aby swojej rodzinie zapewnić utrzymanie, o ile mają świadomość i ducha uwielbienia. Podobnie lekarz, pielęgniarka, nauczyciel… Można wszystko robić z musu lub mechanicznie albo po to, by uzyskać uznanie dla siebie. Można jednak pracować w duchu służby i uwielbienia Boga. Ducha służby nie da się pogodzić z noszeniem w sobie pretensji i roszczeń. Natomiast pobudza on do znajdywania w ciągu dnia przynajmniej chwili czasu poświęconego wyłącznie Bogu, aby Mu podziękować i uwielbić Go.

Aby praca i w ogóle wszystkie codzienne czynności mogły stać się sposobną chwilą na spotkanie Boga potrzeba nie tyle szczególnych warunków zewnętrznych, jakie można stworzyć np. w klasztorze, ale właściwej postawy wewnętrznej. Można je w sobie wyrabiać przez wytrwałe trzymanie się określonych zasad postępowania.

W pierwszym rozdziale Reguły św. Benedykt pisze, dla kogo jest przeznaczona jego Reguła. Mówi do cenobitów, którzy żyją w klasztorze i pełnią służbę pod regułą i opatem (zob. RegBen 1,1n), co według niego jest najważniejsze przy poważnym podejmowaniu życia duchowego. Wymienione są w tym zdaniu trzy zasadnicze wymiary życia monastycznego, które św. Benedykt ceni najbardziej: życie w klasztorze, czyli we wspólnocie, dalej według reguły i pod opatem. Są to trzy filary, na których wznosi się cała konstrukcja życia wspólnotowego. Stąd św. Benedykt bardzo negatywnie opisuje sarabaitów, którzy dla niego są „całkiem obrzydliwym rodzajem mnichów” (RegBen 1,6). Przyczyną jest to, że:

Żadna reguła nie była im mistrzynią i nie wypróbowała ich jak złoto w ogniu. … Prawem ich jest zaspokajanie swych pragnień. Cokolwiek sobie zamyślą lub co wybiorą, to mianują świętym, a czego nie chcą, to uważają za niedozwolone (RB 1,6.8–9).

Brak reguły i przełożonego, nawet przy wspólnym życiu, jest godny pożałowania i nie prowadzi autentycznie do Boga. Jeszcze mocniej podkreśla to tekst odnoszący się do mnichów wędrownych, którzy:

Przez całe życie wędrują po różnych okolicach, goszcząc po trzy lub cztery dni w rozmaitych klasztorach. Zawsze się włóczą, pozbawieni wszelkiej stałości, a służą tylko własnym zachciankom i rozkoszom podniebienia, pod każdym względem gorsi jeszcze od sarabaitów (RB 1,10n).

Każdy człowiek żyje według jakiejś reguły, czy tego chce, czy nie, czy sobie to uświadamia, czy nie. Niewątpliwie ci, co sobie tego nie uświadamiają, podlegają najgorszej z reguł, bo ciemnej, kapryśnej, bezwzględnej i nie wiadomo dokąd prowadzącej.

Reguła jest drogowskazem, przewodniczką na drodze, którą idziemy. Z taką myślą podejmowali swoje życie pierwsi mnisi. Każdy z nich, albo przynajmniej różne grupy miały swoją regułę. W Apoftegmatach odnajdujemy wskazanie, jakie anioł dał św. Antoniemu, uznanemu za ojca życia monastycznego:

Święty Antoni, kiedy mieszkał na pustyni, popadł raz w zniechęcenie i wielką ciemność wewnętrzną. I powiedział do Boga: „Panie, chcę się zbawić, ale mi myśli nie pozwalają: co mam robić w tym utrapieniu? Jak się zbawić?”. I chwilę potem, wyszedłszy na zewnątrz, zobaczył Antoni kogoś podobnego do siebie, kto siedział i pracował, potem wstawał od pracy i modlił się, a potem znowu siadał i plótł linę, i znów wstawał do modlitwy. A był to anioł Pański, wysłany po to, by go pouczyć i umocnić. I usłyszał Antoni głos anioła: „Tak rób, a będziesz zbawiony”. Gdy to usłyszał odczuł wielką radość i ufność; a robiąc tak, osiągnął zbawienie (1 Apo 1 Antoni 1).

„Tak rób, a będziesz zbawiony”. To zalecenie anioła stało się regułą jego życia. Reguła nie odnosi się do dowolnych prawideł postępowania, ale tych, które prowadzą do zbawienia. Wskazuje ona drogę życia przez praktykę pozwalającą doświadczyć siebie i obecnego Boga. Pierwszy okres monastycznego życia na pustyni Egipskiej był jakimś wielkim doświadczeniem, cennym nie tylko dla żyjących tam mnichów, ale pozostał cenny dla całego Kościoła. Właściwie można by cały ruch monastyczny szczególnie od III do IV wieku uznać za wielki eksperyment, swoiste „laboratorium”, w którym przez wyeliminowanie rozmaitych drugorzędnych uwarunkowań, przez radykalizm i podejmowanie przez mnichów przeróżnych zasad życia, pozwoliło doświadczalnie sprawdzić, co jest właściwą regułą życia, czyli co prawdziwie prowadzi do pełni życia. Z tego doświadczenia wyrastały następne reguły i wskazania, w klasztorach Wschodu i Zachodu. Reguła św. Benedykta do nich należy.

Warto sobie uświadomić, że nie jesteśmy sami na drodze do Boga, nie jesteśmy pierwsi i nie musimy „odkrywać Ameryki”, bo to już ktoś zrobił. Otrzymaliśmy sprawdzoną regułę życia. Szło nią już przed nami bardzo wielu ludzi. Podobnie jak inne reguły wskazuje ona zasady życia, jego organizację i normy postępowania, których celem jest zapewnienie jak najlepszego wypełnienia wskazań Ewangelii. Jedynym Mistrzem jest Jezus Chrystus, Syn Boga, On sam stał się dla chrześcijanina jedyną Regułą i Normą życia. Jego Ewangelia jest nie tylko radosnym orędziem o zbawieniu, ale i zasadą życia, i to jedyną prowadzącą do zbawienia.

Istnieje wiele reguł życia. Jednak dobra reguła napisana przez człowieka zawsze musi być wewnętrznie spójna oraz w swoich założeniach, idei i celach skierowana ku Bogu i musi dobrze wprowadzać zasady Ewangelii w życie. Człowiek, który pragnie według niej żyć, musi prawdziwie szukać Boga. Jeżeli spełnia to podstawowe wymaganie, najbardziej potrzebna pozostaje dla niego konsekwencja i wytrwałość. W Regule św. Benedykta wyraża tę postawę stabilitas – pierwszy ślub monastyczny. Choćby przyjęta przez nas reguła nie była najlepszą z możliwych, to jedynie jej konsekwentne zachowanie przyniesie nam dobre owoce i doprowadzi do prawdziwego wzrostu. Znamy dobrze z praktyki, że jeżeli nawet wybierzemy gorszą drogę do celu, a po czasie zorientujemy się, że nie jest ona najlepsza, to jednak warto iść nią konsekwentnie, bo szukanie tak zwanych „skrótów” może nas zupełnie wyprowadzić na manowce. Oczywiście warunkiem jest to, że ta „droga gorsza” nie jest drogą złą, prowadzącą na manowce, ale jednak do celu lecz mniej wygodnie i może nico trudniej niż ta „lepsza”. Ojcowie Pustyni żyli według bardzo lapidarnie sformułowanych reguł, które byśmy dzisiaj nie uznali za najlepsze, ale ich wiara i konsekwencja w realizowaniu zasad tych prymitywnych reguł powodowały, że osiągali świętość.

Konsekwencja i wytrwałość są podstawowymi cnotami koniecznymi, by obrana droga według reguły życia prawdziwie zaowocowała. Tak się dzieje we wszystkich powołaniach. W małżeństwie jest ona tak samo konieczna, jak w życiu zakonnym. Zresztą ślub małżeński właśnie na nie kładzie nacisk: „ślubuję ci miłość, wierność i to, że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Aby małżeństwo było udane, potrzeba wytrwałości i wierności wzajemnemu postanowieniu.

Nie trzeba być mnichem, aby czcić Boga we wszystkich wymiarach życia.

Małżeństwo jest wspólnotą, która rządzi się określonymi zasadami. Oczywiście różne małżeństwa mogą mieć nieco odmienne „reguły życia”, co zależy od tego, kim są małżonkowie, co chcą w życiu osiągnąć, w jakim środowisku żyją, jakie są ich powiązania z innymi ludźmi itd. Jednak ta odmienność odnosi się do spraw organizacyjnych, sposobów wyrażania i realizowania jedności dwojga, podziału zadań i ról w utrzymywaniu rodziny i wychowywaniu dzieci… Niemniej pewne ogólne zasady życia w zdrowym małżeństwie są stałe i niewzruszone i od konsekwencji w odniesieniu do nich zależy szczęście i zrealizowanie siebie. I tak np. mąż nie może się zachowywać tak jak kawaler, a żona jak panna. Już samo to stanowiłoby swoistą zdradę małżeństwa, czyli jedności dwojga. Podobnie żonaty mężczyzna nie może być mnichem, a mężatka nie może być zakonnicą, gdyż są to rozłączne drogi. Taka możliwość pojawia się wówczas, gdy jako mąż i żona wypełnili podstawowe zadania życiowe: doświadczyli jedności dwojga, wychowali dzieci i po dłuższym czasie doszli do wniosku, że pragną oddać się jedynie służbie Bogu. Są to jednak wyjątkowe sytuacje i należałoby się zastanowić, czy nie lepiej dla nich podjąć wspólnie życie na wzór monastyczny w swoim domu?

Zazwyczaj jednak, kiedy wybieramy drogę życia małżeńskiego, nie możemy być mnichami i odwrotnie, wybierając życie monastyczne, nie możemy żyć w małżeństwie. Są to rozłączne drogi, ale nie znaczy, że jedna jest dobra, a druga zła. Oznacza to tylko, że wybierając jedną lub drugą drogę przyjmujemy inną regułę życia, której trzeba być wiernym.

Brak konsekwencji i wytrwałości stanowi powód, dla którego św. Benedykt tak ostro ocenia sarabaitów i mnichów wędrownych. Przez brak stałości wystawiali się oni na pokusy szatana, na podsuwane przez niego zwodnicze myśli. Przy czym nie chodzi o same myśli, które wprost prowadzą do zła, bo np. pójście gdzieś indziej, nie jest czymś ze swej natury złym, ale odwodzi mnicha od konsekwentnego doświadczenia czegoś, co można osiągnąć jedynie przez wytrwałość. Jedynie ona pozwala doświadczyć zbawczej mocy krzyża. Jeżeli człowiek przed nim się uchyla, traci to, co krzyż wnosi w życie: wzrost w dojrzałości. Dlatego św. Benedykt pisze zdecydowanie:

We wszystkim więc niech wszyscy idą za Regułą, jak za mistrzynią, i niech nikt lekkomyślnie od niej nie odstępuje (RB 3,7).

Wytrwałość i wierność regule nie oznacza jednak ślepego, literalnego trzymania się jej przepisów. W Nowym Testamencie Pan Jezus, a za Nim św. Paweł bardzo ostro krytykowali literalne traktowanie samego Prawa Bożego. Tym bardziej dotyczy to wszelkich reguł napisanych przez człowieka. Literalne, ślepe trzymanie się przepisów jest najczęściej wyrazem ucieczki od odpowiedzialności. Reguła jest mądrością życiową, a nie normą absolutną. Dla każdego człowieka, jak naucza teologia moralna, normą rozstrzygającą jest sumienie. Nawet jeżeli byłoby ono źle ukształtowane, pozostaje normą najważniejszą dla naszego życia. Sumienie właściwie rozumiane zawsze odwołuje się do odpowiedzialności i indywidualnego traktowania każdej sytuacji. Reguła daje nam ogólne wskazania i zasady postępowania. Najistotniejszy jest duch, w jakim wypełnia się zalecenia reguły. Na to wskazuje Pan Jezus cytując słowa proroka Ozeasza: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary (Mt 9,13; 12,7).

Pragnienie życia w konkretnej wspólnocie pod rządami opata i jasną regułą daje człowiekowi możliwość poznania prawdy o swoim sercu. Wspólnota, opat, reguła, posłuszeństwo, wytrwałość, stałość i wierność tworzą ramy, które trzeba indywidualnie wypełnić treścią. Tą treścią jest żywa relacja z Chrystusem, którą uzyskujemy przez autentyczny udział w liturgii, trwaniu w milczeniu jako skupieniu się w słuchaniu nastawionym na serce i sumienie, praktyka lectio divina – czytanie Pisma Świętego i właściwych tekstów duchowych, osobista modlitwa, która jest „żywym i osobistym związkiem z Bogiem żywym i prawdziwym” (KKK 2558), pielęgnowanie w sobie szacunku do drugiego człowieka wyrażającego się w konkretnych spotkaniach, praca z całą starannością tak, jak gdyby była wykonywana dla Boga, nieustanna postawa ucznia, który widzi, że nie jest jeszcze doskonały, ciągła pamięć na obecność Boga i świadomość swojej przyszłej śmierci, która będzie spotkaniem z Ojcem.

Ponieważ w duchowej perspektywie według św. Benedykta celem jest harmonia całego życia, a nie jakaś pojedyncza cnota, w pracy duchowej potrzeba ćwiczyć się we wszystkich tych praktykach. Nie wystarczy dobre opanowanie jednej. Jednocześnie nie potrzeba nadzwyczajnych wymagań w jakiejś dziedzinie, ale harmonii wszystkich wymiarów życia z uwzględnieniem ich właściwej hierarchii. Zazwyczaj wolelibyśmy bardzo konkretne wymaganie, choćby bardzo ostre, ale konkretne. Łatwiej nam takie wymaganie wypełnić. Natomiast dbałość o harmonię wszystkiego bez wyróżniania czegoś jednego okazuje się o wiele trudniejsze. Przede wszystkim wydaje się to nieatrakcyjne i nudne. Dlatego taka propozycja pozostaje często w ogóle nie zauważona.

Propozycja duchowości monastycznej dla świeckich jest jeszcze z innej racji mało atrakcyjna. Wydaje się bowiem banalnie prosta i w pewnym sensie oczywista. Ale właśnie na tym polega jej największa wartość. Monastycyzm nie jest bowiem niczym nadzwyczajnym. Mnich jest po prostu chrześcijaninem, który pragnie konsekwentnie żyć prawdą Ewangelii. Jedyne, co go odróżnia od innych ludzi, to jego bezżenność. Samotność, jaką wybrał, stała się dla niego sposobnością do konsekwentnego doświadczenia prawdy Ewangelii. Dzisiaj to jego doświadczenie może stać się inspiracją dla każdego chrześcijanina. Okazuje się bowiem, że to co najprostsze, bywa w życiu najtrudniejsze. Prostota i szczerość zachowania zasad życia ewangelicznego stale napotyka w życiu niezliczone przeszkody. Monastycyzm polega na stałości, na konsekwentnym praktykowaniu zasad życia chrześcijańskiego, na życiu ewangeliczną nadzieją i wcielaniu jej we własną codzienność.

Mnisi dla świeckich

W czym mnisi mogą pomóc osobom świeckim w kształtowaniu ich ducha? Przede wszystkim powinni oni być żywymi świadkami prawdziwości Ewangelii i „ekspertami” w odczytywaniu obecności Boga w życiu na co dzień. Właściwym miejscem, w którym to świadectwo się ujawnia, jest wspólnota klasztorna. Dlatego mnisi nie tyle wychodzą do ludzi, aby im głosić Chrystusa, ale zapraszają ich do klasztoru, aby goście sami doświadczyli wartości liturgii, osobistej modlitwy, milczenia, porządku dnia, harmonii… Głoszenie słowa powinno wyrastać z osobistego doświadczenia i skierowane jest do konkretnego człowieka.

Podstawowym wymiarem duszpasterstwa jest stałe świadectwo i włączenie osób świeckich w doświadczenie życia klasztornego. Od wieków istnieją przy klasztorach benedyktyńskich oblaci świeccy. Jest to forma życia Regułą św. Benedykta w życiu świeckim. Oblaci są związani z konkretną wspólnotą benedyktyńską, z której mogą czerpać tradycję i odnajdywać wsparcie duchowe. Tworzą oni przy klasztorach wspólnoty o różnym stopniu zażyłości.

Jednak nie tylko oblaci mogą korzystać z mądrości duchowej św. Benedykta. Od samego początku klasztory benedyktyńskie były otwarte na przyjmowanie gości i pielgrzymów. Przyjmowanie tych ludzi było ich zasadniczą formą pracy duszpasterskiej. Dzisiaj przychodzący goście to raczej nie wędrowni pielgrzymi, ale ludzie szukający wyciszenia i warunków do nawiązania kontaktu z sobą i Bogiem. Dom gości klasztoru benedyktyńskiego jest otwarty dla takich ludzi niezależnie od tego, jak są blisko Boga lub jak daleko od Niego odeszli. W Tyńcu, na wzór innych klasztorów, wprowadzono tak zwany staż, który polega na dopuszczeniu człowieka świeckiego na jakiś czas do życia w klasztorze na prawach mnicha. Jest to szczególne doświadczenie dające pełnię doświadczenia życia w klasztorze. Zwykle jednak indywidualni goście przebywają po kilka dni w domu gości mając okazję do udziału w liturgii i porządku dnia. Mogą się oni włączyć się w pracę w klasztorze lub indywidualnie wykorzystać czas dla siebie. Nie narzuca się im żadnych konferencji, spotkań, ćwiczeń itp. Zawsze jednak gość może poprosić o spotkanie i rozmowę.

Poza indywidualnym pobytem organizuje się w domu gości różne serie rekolekcji z konferencjami i ćwiczeniami. Zawsze jednak grupy rekolekcyjne włączają się we wspólną liturgię.

Najszersze oddziaływanie posiada jednak stałe celebrowanie liturgii dostępne dla wszystkich odwiedzających klasztor. Wysłuchane Nieszpory lub udział w Mszy św. celebrowanej godnie posiada ogromną wartość.

Zupełnie innym sposobem oddziaływania są zaangażowania zewnętrzne: rekolekcje prowadzone poza klasztorem, udział w programach TV i radiu, artykuły w prasie oraz publikacje książkowe i audio-video. Wszystkie te formy powinny wskazywać na podstawową mądrość: życie w harmonii zgodnie z Ewangelią.

Na zakończenie naszych refleksji wróćmy do myśli papieża Benedykta XVI:

Istnieje pewien typowy aspekt jego [tj. św. Benedykta] duchowości, który chciałbym dzisiaj szczególnie podkreślić. Benedykt nie założył instytucji monastycznej, mającej na celu głównie ewangelizację narodów barbarzyńskich, jak inni wielcy mnisi misjonarze tamtych czasów, lecz wskazał swym uczniom jako główny, co więcej – jedyny cel istnienia szukanie Boga: „Quaerere Deum”. Wiedział jednak, że kiedy wierzący nawiązuje głęboką relację z Bogiem, nie może zadowolić się przeciętnym życiem pod znakiem etyki minimalistycznej i powierzchownej pobożności. W tym świetle lepiej można zrozumieć wyrażenie, które Benedykt zapożyczył od św. Cypriana i które streszcza w jego „Regule” (IV, 21) program życia mnichów: „Nihil amori Christi praeponere” – „Niczego nie stawiać ponad miłość Chrystusa”. Na tym polega świętość, propozycja dotycząca każdego chrześcijanina, która stała się prawdziwą palącą potrzebą duszpasterską w naszych czasach, w których odczuwa się potrzebę zakorzenienia życia i historii w trwałych odniesieniach duchowych (10.07.2005).

1. „Ruchy kościelne i ich miejsce w teologii”, w: Joseph kardynał Ratzinger, „Kościół. Pielgrzymująca wspólnota wiary”, Kraków 2005, s. 173.

2. Tamże s. 174.

3. Współcześnie powstaje sporo opracowań z dziedziny zarządzania stosujących zasady zawarte w Regule św. Benedykt.

Link do tekstu Paula Evdokimova pt. „Monastycyzm uwewnętrzniony”


Włodzimierz Zatorski OSB
18.05.2021

Filary życia duchowego

Nauka Ewagriusza z Pontu o walce duchowej uświadamia nam, że właściwie na ziemi nie można osiągnąć stanu, w którym uzyskalibyśmy pełnię spokoju, że walka duchowa trwa aż do ostatniego tchnienia. A co może jeszcze gorsze, że Szatan potrafi wykorzystać prawie wszystko przeciw człowiekowi. To, że może wykorzystać nasze grzechy, jest oczywiste.

Natomiast niezmiernie niebezpieczne jest to, że potrafi wykorzystać przeciw nam nasze dobre intencje i dobrze czyny. Wystarcz że pobudzi nas do próżnej chwały i w ten sposób nami zawładnie. W tym momencie ujawnia się, że nie jest najważniejsze to, co człowiek zrobił, ale to, co zrobi z tym, co zrobił. Jeżeli weźmiemy przykład tych dwóch modlących się w świątyni: faryzeusza i celnika, to widać że celnik uświadomił sobie swój grzech i zaczął żałować i prosić Boga o przebaczenie. W ten sposób, podobnie jak syn marnotrawny, przemienił się i odnalazł życie. Natomiast faryzeusz, podobnie jak starszy brat syna marnotrawnego, przez postawę wyniosłości całkowicie nie zrozumieli Boga i nie otworzyli się na Jego miłość. Jest to ogromne zagrożenie dla osób wierzących!

Potrzeba reguły życia

Z drugiej strony potrzebujemy określonych zasad naszego życia, czyli reguły, która pozwoli nam iść prosto drogą Pana. Temu służy Prawo Boże, które św. Paweł nazywa Wychowawcą. Nie jest ono żadnym absolutem czy gorsetem ograniczającym nasze ruchy, ale jest mądrością. Natomiast sama mądrość polega na tym, że umiemy rozpoznać to, co jest dobre i następnie to wybierać i w swoim życiu realizować. Aby to zrobić, trzeba wpierw umieć rozpoznać to, co „dobre” dla nas w określonej sytuacji. Można zasadniczo powiedzieć, że „dobre jest to, co służy życiu i prowadzi do osiągnięcia jego pełni”. Według Ewangelii tą pełnią jest życie w królestwie Bożym lub, mówiąc inaczej, jest udział w zmartwychwstaniu Chrystusa. Dobra reguła powinna zawierać w sobie takie zasady, które zabezpieczają wartości najważniejsze, czyli takie, które zapewniają nam pełnię życia. Zasady prawa mają różną wartość tworząc swoistą hierarchię. Zwrócił na to uwagę Pan Jezus, gdy w polemice z Żydami powiedział do nich:

Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników (Mt 9,13).

Można wyróżnić zasadniczo trzy poziomy zasad zabezpieczających odpowiednie wymiary życia:

1.  Zasady dotyczące fundamentów życia człowieka, czyli zasady uniwersalne ważne dla każdego człowieka niezależnie od tego, gdzie żyje i jaką wybrał drogę życia. Dla chrześcijanina są to zasady Ewangelii.

2.  Zasadnicze relacje i zasady życia we wspólnocie z innymi. Te zasady są inne w małżeństwie, a inne w życiu konsekrowanym. Jednak, gdy wybieramy określony rodzaj życia, one nas obowiązują i podważanie ich powoduje utratę sensu życia i właściwych relacji we wspólnocie, co powoduje załamanie właściwej dynamiki życia.

3.  Na końcu są zasady odnoszące się do spraw organizacyjnych regulujących bieżące życie. Te zasady są najbardziej zmienne i wymagają korekt w zależności od warunków życia i sytuacji. W przeciwieństwie do poprzednich, które właściwie rządzą się niezmiennymi prawami, te powinny być dostosowywane do zmieniających się warunków życia, a próba ich utrzymywania na siłę prowadzi do stagnacji i utraty żywotności.

„Dobre jest to, co służy życiu i prowadzi do osiągnięcia jego pełni”

Dokładnie tak jest np. w Regule św. Benedykta. Przy czym u niego oczywiście pierwszy, najważniejszy poziom odnosi się do Ewangelii i jej zasad. Niestety dzisiaj w duchu myślenia nowożytnego wprowadza się nowe pomysły filozoficzne i według nich stara się ustawić zasadnicze postawy człowieka. Nie można jednak tego robić bez poniesienia konsekwencji. Jednak życiem ludzkim rządzą określone prawa, niezmienne i uniwersalne, podobne do praw przyrody i dlatego żadna filozofia nie jest w stanie ich zmienić. Jeżeli to robi, prowadzi to do tragedii. Takim tragicznym doświadczeniem w dwudziestym wieku były komunizm i faszyzm, które doprowadziły w konsekwencji do największych zbrodni w dziejach ludzkości. Na poziomie pierwszego wymiaru nie ma dowolności. Przyjmowane tutaj zasady muszą być zgodne z prawdą o życiu człowieka. Ewangelia je po prostu najpełniej wyraża. Najważniejszym prawem w tej dziedzinie jest to, że człowiek może w pełni żyć jedynie w miłości, co bardzo trafnie wyraża wspominana już formuła Drugiego Soboru Watykańskiego:

Człowiek będąc jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego, nie może odnaleźć się w pełni inaczej jak tylko poprzez bezinteresowny, szczery dar z siebie samego (KDK 24).

Ta zasada brzmi nieco paradoksalnie: Nie możemy się zrealizować w pełni bez zrobienia z siebie bezinteresownego, szczerego daru, czyli nie możemy być sobą bez więzi miłości z innymi. Jeżeli nie zacznę żyć dla drugiego, nie jestem w stanie stać się sobą! Tylko miłość daje nam szansę pełnego życia. Dlatego wszelkie zamknięcie się na innych powoduje degradację. Nasza reguła życia musi zawierać w sobie tę zasadę daru z siebie, bo inaczej nie zrealizujemy siebie. Stąd bierze się szereg konkretnych zasad, np. zasada życzliwości, która jest najbardziej elementarnym wymiarem miłości. Przy czym miłość to nie emocjonalne przeżywanie, ale konkretny gest, w którym staramy się dać drugiemu prawdziwe dobro. Nie musi się to pokrywać z jego pragnieniami w tym momencie. Miłość obowiązuje wobec wszystkich właśnie ze względu na konieczność realizacji siebie. Wyraźnie mówi o tym Pan Jezus w Ewangelii, nakazując nawet miłość nieprzyjaciół (zob. Mt 5, 44−48). Nie chodzi w tym przypadku o jakiś ideał, do którego powinniśmy dorastać, ale o to, byśmy się upodabniali do Ojca niebieskiego, czyli postępowali podobnie jak On postępuje i przez to stawali się Jego dziećmi.

W Ewangelii pytanie o to, co jest najważniejsze w Prawie i u Proroków, zostało jednoznacznie postawione. Pan Jezusa odpowiedział na nie wskazując miłość:

Jeden z nich [tj. faryzeuszów], uczony w Prawie, wystawiając Go na próbę, zapytał: 36 «Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?» 37 On mu odpowiedział: «Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. 38 To jest największe i pierwsze przykazanie. 39 Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. 40 Na tych dwóch przykazaniach zawisło całe Prawo i Prorocy» (Mt 22, 35–40).

Sami możemy dosyć łatwo zobaczyć, że walka duchowa toczy się właśnie wokół miłości, która posiada trzy wymiary: miłość Boga, miłość bliźniego i siebie samego. Oczywiście chodzi o miłość autentyczną. Wszystkim innym Szatan może łatwo manipulować, stąd może nawet wspierać człowieka w jego „dobrym” działaniu, o ile nie ma w nim prawdziwego „szczerego, bezinteresownego daru z siebie” i szczerej miłości Boga. Można to bardzo łatwo zaobserwować we własnym, osobistym doświadczeniu. I tak jeżeli chcemy się skupić i modlić do Boga, zaraz pojawiają się jakieś konieczne prace do zrobienia, myśli, wspomnienia, zadania, które nas odrywają od obecności przed Bogiem. Wszystkie te myśli tylko po to, aby nam przeszkodzić wejść w „żywą i zażyłą więź z Bogiem żywym i prawdziwym” – jak modlitwę określa na początku czwarta część Katechizmu poświęcona modlitwie osobistej. W tym momencie doświadczamy, że coś albo raczej ktoś stara się nam za wszelką ceną przeszkodzić w żywej więzi z Bogiem.

Podobnie możemy zobaczyć jak łatwo przychodzi nam wejść w nieporozumienia z innymi i znaleźć „słuszne pretensje” do nich, które nas od nich oddalają i nie pozwalają wejść w autentyczną więź miłości braterskiej, budowania jedności przez zaufanie i życzliwość wzajemną. Jest to szczególnie tragiczne w przypadku więzi rodzinnych i małżeńskich, gdzie miłość powinna być czymś oczywistym. Jednocześnie dosyć łatwo możemy zobaczyć powiązanie pomiędzy naszymi nieporozumieniami z innymi z problemem prawdziwej akceptacji siebie w kondycji, jaką mamy, uznaniu prawdy odnoszącej się do nas i naszych czynów, czyli braku prawdziwej miłości do siebie, bo jedynie drogą prawdy możemy dojść do Boga. Nie potrafiąc przyjąć trudnej prawdy o sobie, uciekamy w agresję. Człowiek jest najbardziej agresywny wówczas, gdy się lęka. Wtedy właśnie szuka winy u innych, aby siebie usprawiedliwić przed sobą samym. Wówczas w „obronie siebie” jest zdolny nawet do najgorszych czynów.

W tym kontekście widać, że trzeba za wszelką cenę budować naszą miłość do Boga żywego i prawdziwego, która jest ściśle związane z więzią z innymi jako naszymi braćmi, czego z kolei nie potrafimy zrobić autentycznie, jeżeli sami nie potrafimy zobaczyć, że jesteśmy dla siebie darem od Boga i z tej racji mamy nieocenioną wartość, którą sami musimy odkryć. To są najważniejsze, a jednocześnie powiązane ze sobą wymiary naszego życia duchowego. Dbałość o nie jest dla nas czymś najważniejszym, bo rozstrzygającym o naszym życiu lub śmierci na wieki.

Warto sobie jednak uświadomić, że w swoim przeżywaniu nie patrzymy przez pryzmat tego, co jest ważne, a co mniej ważne, ale przez to, co pilne lub mniej pilne. W takim przeżywaniu okazuje się, że sprawy pilne niezależnie od ich wagi, wypierają sprawy „mniej pilne”, choćby były naprawdę ważne! W ten sposób spychamy sprawy ważne na margines naszego życia. Dochodzi nawet do tego, że na najważniejsze sprawy w naszym życiu „nie mamy czasu”! Tym samym całe nasze życie traci swój właściwy sens. Jeżeli chcemy zatem autentycznie i świadomie żyć duchowo, sprawy naprawdę ważne muszą być w centrum naszego życia i muszą być ustawione jako niewzruszone. Jeżeli jesteśmy wierzącymi, to wtedy Bóg nie może być zepchnięty na margines życia przez „pilne sprawy”. Jeżeli jest na marginesie, to nie jest On Bogiem żywym, co najwyżej jest bożkiem. Bóg prawdziwy albo jest w centrum życia, albo Go w nim w ogóle nie ma.

„Bóg prawdziwy albo jest w centrum życia, albo Go w nim w ogóle nie ma”

Jeżeli chcemy budować regułę dla naszego życia, to jego konstrukcja musi być podobna do konstrukcji wieżowców, budowanych na filarach. Same piętra stanowią konstrukcją ażurową. Dobrze można to było zauważyć podczas zamachu na wieże World Trade Center. Na jedną z wież był wcześniej zorganizowany zamach już w latach 80. Ktoś wjechał ciężarówką wyładowaną dynamitem do podziemi, zdetonował ją, ale filary wieży były tak mocne, że nic się nie stało samym budynkom, jedynie trzeba było posprzątać podziemny garaż. Podobnie podczas ostatniego zamachu samo uderzenie samolotów w wieże nie spowodowało ich zwalenia. Zniszczonych zostało kilka pięter, w które uderzył samolot, natomiast same wieże odchyliły się jedynie mocno, ale po chwili wróciły do swojej właściwej pozycji. Zawaliły się one później tylko dlatego, że filary, na których się one wspierały, straciły swą wytrzymałość. W naszym życiu także musimy mieć mocno ustawione niewzruszone filary duchowe, a cała reszta powinna być „ażurową konstrukcją”, która może być na różny sposób zagospodarowana. Ważne w naszym życiu są zatem filary.

Filary życia

Jakie to powinny być te filary? Otóż powinny one ugruntowywać nas w życiu w tych trzech wymiarach miłości, czyli powinny budować naszą żywą, autentyczną więź z Bogiem oraz podobnie żywą i autentyczną więź z innymi, czyli jedność z nimi oraz zrozumienie siebie swojego powołania jako dziecka Bożego stworzonego na obraz Boży. Te trzy wymiary miłości muszą mieć bardzo konkretne miejsce w naszym życiu.

W odniesieniu do relacji z Bogiem w tradycji monastycznej mówi się o trzech podstawowych dziełach, które podejmujemy, aby wejść w autentyczny kontakt z Bogiem. Należą do nich: liturgia , lectio divina, czyli czytanie Słowa Bożego i modlitwa osobista. To są trzy podstawowe ćwiczenia, które powinniśmy praktykować w naszym życiu. Omówimy je w odwrotnej kolejności poczynając od modlitwy osobistej.

Modlitwa osobista

Modlitwa osobista jest „żywym i osobistym związkiem z Bogiem żywym i prawdziwym” – jak ją określa na wstępie Katechizm. Jednocześnie jest ona ze swej istoty odpowiedzią. W sposób szczególny jest odpowiedzią na doświadczenie Boga podczas liturgii i lectio divina, a także w odpowiedzi na wszystkie doświadczenia, jakie w życiu, nas spotykają. W modlitwie osobistej zwracamy się do Boga w odpowiedzi na to wszystko czy to z uwielbieniem, czy z dziękczynieniem, czy z prośbą. Ma ona oczywiście bardzo różny charakter i formę zależną od sytuacji, od tego, co w niej chcemy wyrazić i od naszego osobistego przeżywania siebie i świadomości, jaką posiadamy. Właściwie modlitwa powinna nieustannie w nas pulsować, obejmując sobą wszystkie dziedziny życia i sytuacje. Powinna ona wyrażać świadomość nieustannej obecności Boga w naszym życiu. Jednak, abyśmy mogli mieć taką świadomość, musimy podejmować w pewnych momentach wysiłek bycia tylko przed Bogiem i dla Niego. Inaczej ta nieustanna świadomość rozpływa się w natłoku rozmaitych przeżyć i myśli tracąc właściwy kierunek i sens.

Najbardziej intensywnym czasem pracy nad byciem obecnym przed Bogiem jest medytacja. Ona jest zasadniczo na takiej obecności skoncentrowana. Wszelki nasz wysiłek podczas niej powinien prowadzić do żywej obecności przed Bogiem. Inaczej niż w lectio divina i liturgii, gdzie musimy się skupić na słuchaniu, w modlitwie osobistej musimy z własnej woli, z własnego wyboru stanąć przed Bogiem i zwracać się do Niego z całym zaangażowaniem i autentycznością. Jednak jest to zawsze odpowiedź na Boże wezwanie, a nie realizacja własnego pomysłu. Dlatego najlepszym miejscem na medytację jest czas po liturgii lub po lectio divina. Jest to czas, w którym rodzi się ta odpowiedź w sposób naturalny. Oczywiście we wszystkich tych trzech duchowych ćwiczeniach najważniejsza jest obecność przed Bogiem. Natomiast medytacja jako wysiłkiem skoncentrowania się na samej obecności przed Bogiem żywym stanowi niejako jądro modlitwy. Nie jest to łatwe, gdyż nieustannie nachodzą nas rozmaite myśli, o czym już wyżej pisaliśmy. Stanowią one podczas modlitwy osobistej rozproszenia, które nas odciągają od żywej obecności. Nie można z nimi walczyć, bo taka walka byłaby równoznaczna z popadnięciem w sidła rozproszenia. Aby być przed Bogiem, trzeba po prostu wrócić do serca a w nim do obecności przed Bogiem, bo tylko w sercu możemy prawdziwie spotykać Boga. Poza sercem spotykamy co najwyżej wyobrażenie o Nim, a nie Boga żywego. Medytacja w ten sposób jest wysiłkiem zstępowania do serca, żeby tam spotkać Boga i z Nim trwać w przymierzu.

Lectio divina

Słowo Boże, czyli Pismo Święte, którego tłumaczenie zapewne każdy z nas ma w domu, było pierwotnie tekstem głoszonym, a następnie przekazywanym ustnie z pokolenia na pokolenie. Dopiero po pewnym czasie ktoś spisywał przekazywane słowa, a my obecnie mamy tłumaczenia tych tekstów. Z tej racji lectio divina, czyli osobiste czytanie Pisma Świętego powinno polegać na słuchaniu Słowa, które Bóg do nas kieruje. Czasami mówi się, że Pismo Święte jest listem Boga skierowanym do nas, jednak trzeba pamiętać, że jest to żywe słowo, czyli słowo mówione. Musimy zatem czytać je tak, żeby słyszeć głos, który do nas dochodzi. Zauważmy różnicę w odbiorze słowa pisanego, czy nawet czytanego, a słowa wypowiadanego na żywo. Słowo żywe przyjmujemy ze szczególną uwagą i trafia ono do naszego serca. Słowo czytane w pewnym sensie przelatujemy, wydobywając z niego treść lub informację. Słowo żywe jest przekazem od osoby do osoby. W tekście pisanym tego wyraźnie nie widać.

Dawniej czytano wszystkie teksty na głos. Tak samo i Słowo Boże czytano na głos. Dopiero w średniowieczu pojawiła się sztuka czytania cichego. Dlatego lectio najlepiej doświadczamy podczas liturgii słowa w kościele. Lektor czyta, a wszyscy słuchają. Na zakończenie lektor mówi: „Oto Słowo Boże”. Po liturgii słowa powinna nastąpić homilia wygłoszona przez celebransa, w której powinien on ukazać słuchaczom znaczenie tego słowa dla nich dziś w ich życiu. I tak powinniśmy sami czytać Pismo Święte dla siebie, otwierając się na Słowo Boże dzisiaj do nas skierowane. Podstawową postawą jest postawa słuchania tego, co Bóg mówi do Kościoła, a w Kościele do każdego z nas osobiście. Z odbioru tego żywego Słowa budzi się wiara, nadzieja i ufność. Wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa (Rz 10,17).

Liturgia

Tutaj nasza postawa jest trochę inna, ale podobna. Udział w Liturgii jest udziałem, a nie robieniem czegoś samemu według osobistego lub grupowego natchnienia. Ma ona swój ryt, ustalone teksty, tak, że możemy dziś powiedzieć, jakie teksty będziemy recytować np. 25 maja, jakie będą oracje, czytania, prefacja – wystarczy popatrzeć do kalendarza liturgicznego i odnaleźć odpowiednie teksty w księgach liturgicznych. To samo dotyczy Liturgii Godzin. Podczas Liturgii włączamy się w coś, co istnieje, a Kościół tylko odtwarza to, co się dzieje przez wieki przed Bogiem. Unaocznia nam to Księga Apokalipsy, która jest pisana z perspektywy liturgii niebieskiej. Z jej pozycji patrzy na to, co się dzieje na ziemi. Wraz ze św. Janem wchodzimy na liturgię niebieską, na której jesteśmy jak małe dzieci, nie rozumiejące jej głębi. Podczas udziału w liturgii ziemskiej recytujemy teksty święte i jak dzieci za panią matką przez powtarzanie uczymy się języka dialogu z Panem Bogiem. Naszą postawę podczas liturgii genialnie określił św. Benedykt w 19. rozdziale Reguły:

1 Wierzymy, że Bóg jest wszędzie obecny i że oczy Pana patrzą na dobrych i na złych na każdym miejscu (Prz 15,3). 2 Przede wszystkim jednak powinniśmy być tego niewzruszenie pewni wówczas, gdy uczestniczymy w Służbie Bożej. 3 Dlatego też pamiętajmy zawsze, co mówi Prorok: Służcie Panu z bojaźnią (Ps 2,22), 4 a również na innym miejscu: Śpiewajcie mądrze (Ps 46,8 Wlg) 5 i będę śpiewał Ci psalm wobec aniołów (Ps 138[137],1). 6 Zastanówmy się zatem, jak należy zachowywać się w obliczu Boga i Jego aniołów, i tak śpiewajmy psalmy, 7 aby nasze serce było w zgodzie z tym, co głoszą nasze usta (RegBen 19).

Najważniejsza jest świadomość, w czym uczestniczymy, że jest to misterium, które nas całkowicie przerasta i tak naprawdę jest udziałem w liturgii niebieskiej. W naszym wewnętrznym nastawieniu powinniśmy zadbać o to, aby „nasze serce było w zgodzie z tym, co głoszą nasze usta”. Mamy mieć postawę dziecka, które uczy się języka modlitwy, tak jak kiedyś uczyło się ojczystego języka od rodziców, powtarzając za nimi słowa i całe zdania, chociaż nie rozumiało ich w pełni. I podobnie jak w przypadku dzieci, które potem są kształtowane przez język, którego się uczą, zdobywają dzięki niemu swoją świadomość i sposób myślenia, tak i nas kształtuje liturgia w naszej relacji do Boga, a dzięki temu także w stosunku do innych ludzi. Liturgia uczy nas sposobu patrzenia na świat i właściwej postawy w życiu. I tak jest w Regule św. Benedykta, dla którego liturgia jest szkołą właściwej postawy w całym życiu, co dobrze wypowiada autentyczne hasło św. Benedykta: „Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony” (zob. RegBen 57,9). Zatem całe nasze życie jest rodzajem liturgii.

Liturgia jest wspólnym, w Kościele, stanięciem przed Bogiem. W niej spełniają się słowa, które powiedział Pan Jezus: gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich (Mt 18,20). Chrystus obiecuje, że jest obecny we wspólnocie. Nie ma takiej obietnicy w odniesieniu do samej jednostki. Stwarzając człowieka mężczyzną i kobietą, stworzył nas do wspólnoty i tylko we wspólnocie miłości, czyli w komunii jesteśmy w stanie stać się sobą. Warunkiem autentycznego kontaktu z Bogiem jest miłość w relacji do bliźniego:

Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi (1 J 4,20).

Miłość bliźniego – jedność z innymi

Jest to drugie pole walki o miłość, jaka rozgrywa się w nas. Jak widzimy, rozpoczyna się ono już w liturgii, która wymaga wspólnoty w miłości braterskiej. Szatan jest oskarżycielem braci (zob. Ap 12,10; Hi 1,9) i dlatego podpowiada nam „słuszne” pretensje do innych. Nie przypadkiem najczęstszy grzech, jaki u nas jest popełniany, to grzech obmowy, czyli grzech mówienia źle o innych. Takie mówienie w sytuacji, gdy nie jest to konieczne, jest odbieraniem dobrego imienia drugiemu. Sami przecież nie zawsze byliśmy dobrzy i nie chcielibyśmy, by ktoś rozpowiadał te nasze upadki. Jeżeli sami to robimy, to uczestniczymy w dziele Szatana, „oskarżyciela braci” (zob. Ap 12,10). On oskarża braci po to, aby rozbijać jedność, podważać dobre myślenie o innych, niszczyć zaufanie do nich itd. Jeżeli ponadto złe mówienie o innych jest oparte na kłamstwie i insynuacji, grzech staje się szczególnie zły. Nazywamy go wówczas oczernieniem.

Warto sobie zdać sprawę, że walka zarówno o żywą więź z Bogiem, jak i o jedność z innymi ludźmi jest walką na śmierć i życie. Chodzi bowiem w niej o życie, które jest możliwe jedynie w komunii z Bogiem i ludźmi. Poza komunią istnieje jedynie rozpacz i śmierć duchowa. Jest to jednocześnie walka o naszą wolność i godność. Nie przypadkiem systemy totalitarne w swoim działaniu powielają strategię Szatana. W istocie są one jego narzędziami na ziemi. Dlatego w naszym życiu musimy bardzo mocno budować zasady wzajemnego współżycia na gruncie wzajemnej miłości. Wobec pokus przeciw tej miłości potrzebne jest z naszej strony zdecydowanie.Tak ustawia to św. Benedykt w swoim testamencie w przedostatnim rozdziale Reguły:

1 Podobnie jak istnieje zawziętość zła i gorzka, która oddala od Boga i prowadzi do piekła, 2 tak jest i gorliwość dobra, która oddala od grzechów, a prowadzi do Boga i do życia wiecznego (RegBen 72,1n).

„Gorliwość” i „zawziętość” użyte w polskim przekładzie wyraża to samo słowo zelus, które oznacza kogoś zdeterminowanego. Otóż musimy być zdeterminowani, jeżeli chcemy budować prawdziwą wspólnotę w miłości. Stąd także małżeństwo opiera się na ślubach i zdecydowaniu, że „nie opuszczę cię aż do śmierci”. Dalej w 72. rozdziale Reguły św. Benedykta czytamy:

3 Ta więc właśnie gorliwość niechaj wyróżnia mnichów w ich życiu żarliwej miłości 4 tak, aby w okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzali (RegBen 72,3n).

To samo trzeba także odnieść do małżeństwa. Musimy być zdeterminowani w naszym życzliwym nastawieniu do innych bez wykluczania kogokolwiek. Pan Jezus odnosi miłość także do nieprzyjaciół. Nie polega ona na przyjaznych uczuciach, ale na konkretnej gotowości pomocy w sytuacji, gdy jest on w potrzebie.

„Warunkiem autentycznego kontaktu z Bogiem jest miłość w relacji do bliźniego”

Miłość musi być budowana, pielęgnowana. W trosce o nią musimy mieć czas na życie we wspólnocie, czy to rodzinnej, czy w gronie przyjaciół, a nawet w gronie współpracowników. Mieć czas, żeby się spotkać z innymi jak człowiek z człowiekiem, żeby mieć możliwość zrozumienia, wyrażenia sympatii, przyjaźni, wspierać się itd. Musimy na to mieć czas. Jak mawiała śp. Prof. Zenomena Płużek: „Trzeba się czasem poprzyjaźnić!”.

Asceza

Trzeci wymiar miłości – miłość siebie samego – jest, jak się okazuje, ściśle związany z pierwszym wymiarem: miłości Boga. Chodzi w niej o budowaniu w nas właściwej postawy otwartości na Boga i Jego wolę. Najczęściej powtarzaną myślą Pana Jezusa w Ewangeliach jest stwierdzenie:

Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je. a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 10,38n).

Pełnia naszego życia jest zależna od tego, na ile pójdziemy drogą Bożego wezwania abyśmy się stali Jego dziećmi. Jeżeli będziemy sami szukali szczęścia poza Nim, powtórzy się jedynie scenariusz z opisu grzechu rajskiego, co już nieraz w historii następowało. Do istoty ascezy należy umacnianie się w wyborze drogi wskazanej przez Jezusa.

Niestety ciągle mamy skojarzenie ascezy z „umartwianiem się”, swoistym odmawianiem sobie czegoś i przez to ćwiczenie się w cnocie rozumianej jako zdolności do znoszenia cierpień i braków. Tak można ascezę rozumieć w wojsku i sporcie.

„[Asceza]… nie jest ani pogardą ciała czy jakiegokolwiek daru, jaki otrzymało pierwsze stworzenie, ani jaką tresurą natury ludzkiej, która ma jej pozwolić na dokonywanie wyczynów w ramach swego porządku; jest warunkiem, bez którego nie może się urzeczywistnić zjednoczenie dwóch niewspółmiernych istot: człowieka i Boga” (H. de Lubac, O naturze i łasce, 47).

W chrześcijaństwie zasadniczo asceza polega na podejmowaniu krzyża. Przy czym krzyż to nie samo cierpienie, ale cierpienie, które zostało przez nas przyjęte ze względu na Chrystusa i Ewangelię. Jest to cierpienie niechciane, cierpienie, które samo przychodzi na nas, ale przyjmujemy je i nie odpowiadamy agresją, która się najczęściej przenosi na innych.

Jak się okazuje samo życie niesie ze sobą cierpienie i nawet jest ono konieczne do wzrostu duchowego. Odnosi się to do wszystkich. W Księdze Mądrości Syracha czytamy:

Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu,
przygotuj swą duszę na doświadczenie!
Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy,
a nie trać równowagi w czasie utrapienia!
Przylgnij do Niego, a nie odstępuj,
abyś był wywyższony w twoim dniu ostatnim.
Przyjmij wszystko, co przyjdzie na ciebie,
a w zmiennych losach utrapienia bądź wytrzymały!
Bo w ogniu doświadcza się złoto,
a ludzi miłych Bogu – w piecu utrapienia (Syr 2,1–5).

A w Liście do Hebrajczyków autor nie waha się wypowiedzieć tej ogólnej prawdy nawet w odniesieniu do Syna Bożego w postaci ludzkiej:

A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał (Hbr 5, 8).

Widać, że znoszenie i wytrwanie w cierpieniu jest czymś niezmiernie ważnym w życiu duchowym. Bez niego nie jesteśmy w stanie nauczyćcsię czegoś bardzo istotnego, jeżeli nawet sam Syn Boży musiał przejść przez to doświadczenie (!). Autor Listu do Hebrajczyków nazywa to „posłuszeństwem”.

Istnieje też asceza świadomie wybierana i podejmowana. Określiłbym ją jako „kontrolowane wchodzenie we własną słabość”. Kontrolowane, bo świadome, z wyboru i tak np. kiedy pościmy, to nie z tego powodu, że nie mamy niczego do jedzenia, ale mając pełną lodówkę nie jemy, aby zmierzyć się z głodem i jego konsekwencjami ze względów duchowych. Chodzi w tym momencie o to, żeby doświadczyć siebie samego w sytuacji braku. Często pokusy przeciw ascezie i w ogóle przeciw brakom wyolbrzymiają wielkość cierpienia, jakie trzeba będzie przeżyć. Spokojne wejście w ascezę pokazuje, że nasze wyobrażenia są napędzane lękiem, że wcale nam nie potrzeba np. jedzenia w takiej ilości, że nawet lepiej się czujemy jedząc niewiele lub nawet nic przez jakiś czas. Takie doświadczenie daje poczucie wolności od lęku. Nie chodzi o „wykazanie się siłą”, ale o doświadczenie swojej słabości i umiejętności oddania jej Bogu.

W podejmowanych praktykach ascetycznych wypracowujemy wówczas w sobie cierpliwość i wytrwałość w nadziei i otwartości na Boga. Przez ascezę wzrastamy w wolności przez nieuleganie lękom i namiętnościom. W ten sposób coraz bardziej otwieramy serce na nowość, z jaką do nas przychodzi Bóg. Cały ten wysiłek jest zbudowany na modlitwie. Jedną z jej treści powinna być prośba o oderwanie się od przywiązań, jakie każdy z nas w sobie nosi. Bóg, kiedy przychodzi do nas, zawsze przychodzi z czymś, czego jeszcze nie znamy. Bóg zawsze zaskakuje. Trzeba prawdziwej wolności i otwartości, żeby można było przyjąć bez lęku Jego wezwanie pojawiające się w sumieniu.

Tutaj spotykamy powiązanie ascezy z modlitwą osobistą należącą do pierwszego wymiaru miłości: miłości Boga. Te pięć filarów zamyka się niejako w kole tworząc zwartą całość wzajemnie powiązaną pomiędzy sobą.

Potrzeba wspólnoty

Podobnie jest w naszym życiu: możemy utrzymać jego stabilność i twórczą konstrukcję tylko wówczas, gdy zachowujemy to, co jest w nim najważniejsze. Kiedy sprawy najważniejsze się rozmywają, następuje kryzys, który ostatecznie prowadzi do tragedii. Najczęściej kryzys przychodzi po czasie, a nie od razu, co powoduje, że trudno jest nam uchwycić jego prawdziwe przyczyny. Często szuka się rozwiązania w rozmaity sposób, zupełnie tak, jak w chorobie zamiast leczyć przyczyny, staramy się eliminować skutki choroby. To niestety jedynie pogarsza sytuację na przyszłość, a nie leczy. Podobnie często postępują ludzie w przypadku kryzysu związanego z małżeństwem, życiem klasztornym, firmą czy wyczerpaniem zawodowym itd. Natomiast chorobę trzeba leczyć u źródła, co w przypadku relacji między ludźmi sprowadza się do przywrócenia miłości w jej właściwym wymiarze.

Mnisi mawiali: „Zachowaj regułę, a reguła zachowa (tj. ocali) ciebie”. Jest to prawda, o ile reguła jest dobrze uporządkowana i chroni to, co jest najważniejsze. Dlatego warto mieć właściwą regułę życia. Na końcu Reguły św. Benedykt mówi o niej, że jest „małą regułą dla początkujących”. Jednak ta „mała reguła dla początkujących” właściwie ustawia fundamentalne zasady. Bez ich zachowania, nie można mówić o duchowym rozwoju.Św. Benedykt na końcu swojej Reguły pisze:

Jeśli więc śpieszysz do ojczyzny niebieskiej, przestrzegaj najpierw z pomocą Chrystusa tej maleńkiej Reguły, którą pisaliśmy dla początkujących. A wówczas, otoczony opieką Bożą, owe wzniosłe szczyty cnoty i wiedzy, o których właśnie wspominaliśmy, i ty także kiedyś osiągniesz! Amen (RegBen73,8n).

Istotne jest w tym momencie uświadomienie sobie, że właściwym miejscem, w którym się regułę realizuje, jest życie we wspólnocie. W pojedynkę nie można praktykować miłości. Tak jest, gdyż człowiek się realizuje w pełni jedynie w spotkaniu z drugim, jak to wyraźnie stwierdza sentencja Drugiego Soboru Watykańskiego wcześniej przytoczona. Jedynie w „szczerym, bezinteresownym darze z siebie” może człowiek prawdziwie stać się z sobą. Z tej też racji wraz ze stworzeniem człowieka, Bóg jednocześnie stworzył małżeństwo jako miejsce, gdzie ma on dochodzić do swojej pełni. Z tej także racji św. Benedykt nazywa cenobitów „najdzielniejszym rodzajem mnichów” (zob. RegBen 1,13).

Właśnie w żywych relacjach braterskich tworzy się właściwa przestrzeń doświadczenia siebie i jednocześnie możliwość poprawiania swojego otwarcia. W Regule św. Benedykt mówi o wspólnocie klasztornej jako o „warsztacie”:

Naszą zaś pracownią, w której mamy się posługiwać pilnie tymi wszystkimi [narzędziami dobrych uczynków], jest stałe życie we wspólnocie w ramach klauzury klasztornej (RegBen 4,78).

Przy czym pierwszym narzędziem wymienionym przez niego jest właśnie wymienione wcześniej podwójne przykazanie miłości:

Przede wszystkim kochać Boga z całego serca, z całej duszy i z całej mocy, następnie bliźniego, jak siebie samego (RegBen 4,1).

Narzędzia dobrych uczynków, a przede wszystkim zasady zawarte w Regule właściwie ustawiają nasze życie duchowe, by prowadziło nas ono do Boga. Można powiedzieć, że św. Benedykt pisząc Regułę starał się tak uporządkować wszystkie wymiary zwykłego życia obejmującego podstawowe potrzeby człowieka, aby w każdym wymiarze tego życia człowiek był otwarty na obecność Boga i wszystko, co robi, było do Niego odniesione. Wydaje się, że inspiracją dla Benedykta były między innymi słowa Pana Jezusa:

Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili … wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili (Mt 25,40.45)

Od naszej życzliwości dla innych, także nieprzyjaciół, zależy nasz udział w królestwie Bożym, które jest królestwem miłości. W naszym życiu na ziemi nie ma niczego ważniejszego. Praktycznie oznacza to naszą życzliwość i otwartość wobec wszystkich. Sami doświadczamy czasem „bezinteresownej nieżyczliwości”, co niestety zbyt często zdarza się np. w biurach, gdzie urzędnik wydaje się mieć jeden cel: pozbyć się intruza, który przyszedł coś załatwić. Oczywiście bardzo łatwo znaleźć powód, brak jakiegoś dokumentu, nie tak napisane podanie itd., które pozwalają mu odesłać człowieka z kwitkiem. Trzeba jednak pamiętać, że taki urzędnik nie może naprawdę być szczęśliwy, bo jest to niemożliwe! Nie można bowiem, odcinając się od elementarnego wymiaru miłości być człowiekiem szczęśliwym. A już absolutnie jest to niemożliwe, gdy nosimy w sobie złość, zapalczywość, zazdrość czy nienawiść. Sami wówczas pogrążamy się w piekle. Ta prawda odnosi się do wszystkich niezależnie od tego, czy żyje w małżeństwie, w klasztorze, czy jest samotny, czy jest księdzem diecezjalnym, czy świeckim, czy młodzieńcem, czy starcem. Miłość bliźniego obowiązuje wszystkich, ale ma różny wyraz w zależności od rodzaju więzi osobowych.

„Właśnie w żywych relacjach braterskich tworzy się właściwa przestrzeń doświadczenia siebie i jednocześnie możliwość poprawiania swojego otwarcia”

Nasze życie na ziemi jest szkołą, w której mamy odkryć, na czym polega prawdziwe życie i uczyć się wybrać to, co dobre. Tego życia nie nauczymy się inaczej, jak żyjąc z innymi zgodnie z fundamentalnymi zasadami życia, czyli w miłości braterskiej. Pod koniec Prologu do Reguły św. Benedykt pisze: „Mamy zatem założyć szkołę służby Pańskiej” (RegBenProl 45). Wydaje się, że każdy powinien odnaleźć dla siebie właściwą szkołę „służby Pańskiej” i tak traktować swoje życie we wspólnocie, w której żyje. Bardzo ważne jest jednak to, by wybierając taką szkołę, zrobić to świadomie wiedząc, co jest najistotniejsze i świadomie dbając o zachowanie fundamentalnych zasad życia, by ostatecznie dojść do jego pełni. Dla mnie osobiście Reguła św. Benedykta jest w tej dziedzinie tekstem fundamentalnym, klasycznym, na którym warto się oprzeć. Stąd pomysł budowania wspólnoty w oparciu o nią, a także pomoc w odnajdywaniu prawdziwego życia innym w oparciu o nią.


Włodzimierz Zatorski OSB
27.04.2021

Dziesięciokrąg – cechy duchowości benedyktyńskiej (tekst + wideo)

Zastanawiając się nad dynamiką życia duchowego, jakie się ukazuje w Regule św. Benedykta, doszedłem do wniosku, że można je opisać wskazując właściwe ukierunkowanie naszych wysiłków. Ująłem je w dziesięć punktów, które jednak się wzajemnie uzupełniają i na siebie nachodzą.

Więcej

Konrad Małys OSB
08.02.2021

Radykalizm. Czy tędy droga?

„Wąska droga”, o jakiej mówił Chrystus, przebiega między różnymi skrajnościami. Skrajności nie są najczęściej wyrazem prostego serca, lecz uproszczonego sposobu myślenia, które lubi „błyszczeć radykalizmem” i potrafi nawet porywać innych. Ale ostatecznie wiedzie ku trwałej płyciźnie, nigdy na głębię.

więcej

Włodzimierz Zatorski OSB
13.11.2020

Słuchaj!

Program życia zasadniczo nakreślił św. Benedykt w Prologu do swej Reguły. Prawdopodobnie jednak pierwotnym źródłem tego tekstu była katecheza mystagogiczna z II wieku, czyli katecheza dla nowo ochrzczonych wprowadzająca ich w misterium życia chrześcijańskiego. Stąd jest to po prostu program życia dla wszystkich chrześcijan. Tekst rozpoczyna się słowami:

więcej

Włodzimierz Zatorski OSB
12.11.2020

Reguła św. Benedykta dla ludzi dzisiaj

Reguła dla mnichów św. Benedykta, które powstała w VI wieku, stała się jednym z fundamentalnych tekstów kultury europejskiej. Zawiera ona właściwie wszystkie podstawowe wartości kultury europejskiej i dlatego można ją omawiać pod różnym kontem. Tutaj chcielibyśmy skoncentrować się na trzech szczególnych wartościach związanych z życiem we wspólnocie, a tak bardzo cenionych w naszej kulturze. Do nich należą: kultura pracy, szacunek do osoby ludzkiej i wzajemne braterstwo oraz harmonia i równowaga w życiu. Przyjrzyjmy się tym wartościom bliżej.

więcej

Włodzimierz Zatorski OSB
04.06.2020

Co mnich może dziś powiedzieć światu

Wydaje się, że obecna sytuacja na świecie jest bardzo podobna do tej, jaka była po upadku Cesarstwa Rzymskiego za czasów św. Benedykta. Przede wszystkim obserwujemy wyraźną degradację kultury i to zarówno w wymiarze twórczości artystycznej, jak i kultury życia społecznego i kontaktów osobowych.

więcej